Życzenie rzucone na wiatr: Bałkański szlak do Grecji na motocyklu. Część 3


 Sarajewo z pewnością zasługuje na dłuższą eksplorację, a wczorajszy popołudniowo-wieczorny spacer jedynie połechtał nasze odkrywcze pasje. Zgodnie z obietnicą złożoną poprzedniego wieczora, opuściliśmy miasto wcześnie rano, jeszcze przed porannymi korkami. Dzięki temu niespodziewanie szybko znaleźliśmy się na drodze M18, prowadzącej w stronę granicy z Czarnogórą przez pasmo Alp Dynarskich. Trasa ta jest niezwykle malownicza. Choć na początkowym etapie ma dobrą nawierzchnię i jest stosunkowo szeroka, szybko się zwęża, a jakość asfaltu spada – co jednak z nawiązką rekompensują coraz bardziej ekscytujące widoki. 
Jeszcze przed wjazdem w wyższe partie gór zatrzymaliśmy się, aby założyć kolejne warstwy odzieży. Zbyt optymistycznie podeszliśmy do naszego ubioru – temperatura po opuszczeniu miasta spadła do zaledwie 12°C i nic nie wskazywało na to, że zaraz się ociepli. Droga była prawie pusta, więc jazda krętymi odcinkami wywoływała szeroki uśmiech na twarzy. Od czasu do czasu na asfalcie można było spotkać zwierzęta gospodarskie: krowy, owce czy świnie, które – jak to na Bałkanach – same doskonale wiedzą, jak się paść, i nie potrzebują do tego obecności pasterza. Widząc jednak te malownicze pejzaże, wcale nie miałem ochoty mocniej odkręcać manetki, więc zwierzęta oraz coraz gorsza nawierzchnia drogi nie zepsuły mi radości z pokonywania tego odcinka. Stan nawierzchni znacznie się poprawił po przekroczeniu granicy na przejściu Hum. W końcu udało się nam przejechać kultowym, drewnianym mostkiem rozpiętym nad rzeką Tara, który nie raz oglądaliśmy na filmikach na YouTube. Trasa do Płužine to jedna z najpiękniejszych tras motocyklowych w całej Europie! Przejazd ręcznie drążonymi w skałach tunelami tuż nad turkusową wodą robi powalające wrażenie. Droga ciągnie się przepięknym kanionem wzdłuż rzeki Piva, a jej delikatne łuki aż zachęcają do bardziej dynamicznej, płynnej jazdy. Nie obyło się oczywiście bez kilku krótkich postojów, aby uwiecznić te niezwykłe widoki na zdjęciach.







Zatrzymaliśmy się tuż przed skrętem na legendarną drogę P14 przez Durmitor. Przejechaliśmy ją w ubiegłym roku, więc musieliśmy się przez chwilę naradzić, czy w tym robimy powtórkę, czy może poszukamy jakiejś innej alternatywy. Ostatecznie wygrała legenda. Po chwili znów wspinaliśmy się wąską dróżką przez wykute w skale tunele, zostawiając w dole wspaniały widok na turkusową taflę Jeziora Pivskiego.Tym razem pogoda również nam dopisała. Przepiękne plenery, jak okiem sięgnąć, rozciągały się aż po sam horyzont, a my niespiesznie pokonywaliśmy kolejne zakręty tej surowej, górzystej krainy. Postanowiliśmy, że w takich okolicznościach po prostu nie sposób nie wypić kawy. Nie rozstawialiśmy własnej kuchenki, lecz skorzystaliśmy z lokalnej gastronomii – małej drewnianej budki. Stanąłem w kolejce za grupą motocyklistów ze Słowacji, natomiast Ula pobiegła znaleźć fajne miejsce na piknik. Oprócz kawy zamówiłem priganice, czyli tradycyjny czarnogórski przysmak z ciasta drożdżowego. Przypominają one nasze małe pączki lub racuchy, ale bez nadzienia. Samo ciasto nie jest słodkie. Na Durmitorze i w całej Czarnogórze serwuje się je zazwyczaj na sztuki lub porcjami w foliowych torebkach – czasem posypane cukrem pudrem, ale najczęściej podawane w wersji neutralnej. Kawę zaserwowano nie w plastikowych jednorazowych kubeczkach, ale w filiżankach, więc idąc z nimi w stronę Uli, uśmiechnąłem się pod nosem – bardzo lubi tego typu detale i z radością przyjęła tę odrobinę luksusu w tym surowym otoczeniu. Kawa podana w porcelanie, lokalna przekąska i widok za milion dolarów – dla takich chwil po prostu warto się zatrzymać, a przede wszystkim – warto tu przyjechać. Ewidentnie było to miejsce, w którym aż prosiło się, by wypuścić drona. Ten jednak leżał zapomniany w tylnym kufrze motocykla – i to dosłownie, bo przypomnieliśmy sobie o nim dopiero podczas obiadu, wiele kilometrów dalej. Po skończonym pikniku odniosłem filiżanki do budki, spakowałem do kufra niedojedzone priganice i wróciliśmy na trasę. Przed nami rozciągał się najefektowniejszy odcinek drogi P14, wijący się w samym sercu Parku Narodowego Durmitor.










Asfalt prowadził nas coraz wyżej, tnąc surowy, górzysty krajobraz, który z każdym kilometrem robił coraz większe wrażenie. Po drodze minęliśmy charakterystyczny punkt widokowy z panoramą na Prutaš – góra z pionowymi, skalnymi „paskami” wygląda niesamowicie i po prostu nie da się obok niej przejechać obojętnie. Wąska nitka drogi wznosiła się kolejnymi, wymagającymi skupienia serpentynami, które sukcesywnie wynosiły nas na coraz bardziej imponującą wysokość, dając przy tym niesamowitą frajdę z jazdy.W końcu dotarliśmy na przełęcz Sedlo, leżącą na wysokości 1907 m n.p.m. To absolutny dach tej trasy. Było tam jednak sporo turystów, więc nie zatrzymywaliśmy się i tylko z motocyklowej kanapy podziwialiśmy panoramę na najwyższe szczyty masywu. Po pokonaniu przełęczy droga z każdym zakrętem opadała w dół, a surowy, wysokogórski krajobraz zaczął powoli ustępować miejsca zielonym, alpejskim halom. W lusterkach motocykla jeszcze przez kilka kilometrów pojawiały się potężne wierchy, jakby chciały nas pożegnać lub zapaść nam jeszcze bardziej w pamięć. I udało im się to znakomicie, bo trasa ta głęboko wryła się w nasze serca, pozostając w ścisłej czołówce najpiękniejszych szlaków motocyklowych, jakie mieliśmy okazję pokonać. Przemierzając ją po raz drugi, odkrywaliśmy ją na nowo – tym razem wybraliśmy nieco inne dróżki, które choć węższe i bardziej dziurawe, okazały się równie urokliwe. Prawie na samym końcu drogi P14 minęliśmy Katun Eko Selo Camp, oferujący podobno świetną, domową kuchnię regionalną. Było jednak jeszcze zbyt wcześnie na obiad, więc tym razem nie mogliśmy tego sprawdzić. Stanęliśmy kawałek dalej na poboczu, by chwilę odsapnąć, nacieszyć oczy ostatnimi spojrzeniami na masyw Durmitoru i ustalić plan na dalszą część dnia. Priorytetem było znalezienie noclegu, co ułatwiłoby poukładanie reszty trasy. Po ostatnich nocach spędzonych w dużych miastach i spokoju, którego właśnie zasmakowaliśmy w górach, szukaliśmy cichej przystani na uboczu, by naładować baterie przed wjazdem do Albanii. Trafiłem na taki zakątek zaledwie godzinę drogi od nas, przy malowniczej trasie P4. Hotel nazywał się Ravnjak i oferował wysoko ocenianą, lokalną kuchnię. Miał wszystko, czego potrzebowaliśmy, więc decyzja zapadła błyskawicznie. Chwilę później wskoczyliśmy na drogę P5, która prowadziła w stronę najgłębszego kanionu w Europie. Przed słynnym mostem na Tarze chcieliśmy skręcić na trasę P4, biegnącą wzdłuż rzeki, jednak sam most był w remoncie, a ten odcinek został zamknięty przez drogowców. Nawigacja pokazywała, że do celu pozostało około pół godziny. Pomyślałem, że kawałek dalej pewnie trafi się jakiś objazd. Przejechaliśmy więc na drugą stronę i skierowaliśmy się w stronę granicy z Serbią.Pokonywaliśmy kolejne kilometry, ale nawigacja uporczywie nie znajdowała żadnej alternatywnej trasy. W końcu dojechaliśmy do nowo oddanego odcinka prowadzącego na wschód. Moim zdaniem kierunek się zgadzał, jednak GPS nie podzielał tego optymizmu, bo w ogóle nie widział łącznika z drogą P10. Brak jakichkolwiek znaków drogowych również nie ułatwiał sprawy. Postanowiliśmy więc zaryzykować i sprawdzić to na własnej skórze.Piękny, świeży asfalt zachęcał do bardziej dynamicznej jazdy, jednak mijane od czasu do czasu pojazdy – należące wyłącznie do firmy budowlanej – dawały do myślenia. Czy ta trasa jest już w ogóle ukończona? A może za chwilę trzeba będzie wracać i znów szukać innego rozwiązania? Na szczęście po chwili zaczęły pojawiać się pojedyncze lokalne auta, co wlało w nasze serca nadzieję, że przejazd jednak istnieje i uda się dotrzeć na miejsce bez nadmiernego nadrabiania drogi. W pewnym momencie dojechaliśmy w końcu do drogi P10, a nawigacja po przeliczeniu trasy wskazała, że do hotelu pozostało jeszcze prawie półtorej godziny. Więc i tak nadrobiliśmy parę kilometrów. Na początku objazdu faktycznie zależało nam na szybkim dotarciu do celu, ale po kolejnych pokonanych kilometrach czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Pozostała już tylko czysta przyjemność z jazdy i dalsza eksploracja nieznanych nam wcześniej czarnogórskich zakątków. Szosa, którą wreszcie wyłapał GPS, prowadziła nas malowniczą doliną Vraneš przez pofałdowany niewielkimi wzniesieniami obszar płaskowyżu Korita. Widoki nie były wprawdzie tak spektakularne jak te, które podziwialiśmy wcześniej tego dnia, ale tutejszy krajobraz i tak nie pozwalał przejechać obok siebie obojętnie. Spokojne, sielskie pejzaże pól i lasów, jedynie od czasu do czasu przetykane rzadkim gospodarstwem, towarzyszyły nam aż do wjazdu na drogę P4. Tam na horyzoncie ponownie majaczyły potężne, górskie szczyty ponieważ asfalt ponownie prowadził nas w stronę Parku Narodowego Durmitor. Wybrany przez nas Hotel Ravnjak znajduje się mniej więcej w połowie drogi P4. Trochę kusiło mnie, żeby przejechać całą tę trasę, ale byliśmy już głodni i zmęczeni, więc gdy nawigacja pokazała skręt w szutrowy podjazd, bez wahania posłuchałem jej wskazówek. Budynek przypominał klasyczne schronisko z kamienną fasadą i zabudowanym, drewnianym tarasem, za którym wyrastał gęsty las oraz górskie szczyty. Gdy tylko zgasiłem silnik, dopadła nas kojąca cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków i szumem pobliskiego potoku. Po zameldowaniu się w recepcji zostaliśmy skierowani do drugiego budynku, przy którym stało już kilka motocykli enduro. Przybiłem piątkę z Rosjaninem, który poderwał się z leżaka, by zamienić z nami kilka kurtuazyjnych zdań – standardowo o to, skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy, co zawsze pomaga przełamać pierwsze lody. On, jak się okazało, był częstym gościem w tych rejonach i namiętnie eksplorował je na motocyklu enduro. Żegnając się z sąsiadem, rzuciliśmy jeszcze tylko, że musimy pilnie doprowadzić się do ładu i coś zjeść. Kwadrans później – już po szybkim prysznicu i zrzuceniu zbroi – siedzieliśmy na drewnianym tarasie. Czas było w końcu sprawdzić, czy rewelacyjne opinie o tutejszej kuchni nie były przesadzone. Zamówiliśmy dwie zupy – zupa dnia oraz tradycyjną czarnogórską - teleća čorba (zupę cielęcą), a do tego grillowane mięso i oczywiście lokalne piwo. Zupa dnia akurat nie urzekła, bo – jak to skwitowała Ula – był to po prostu cienki rosół z kostki. Za to cała reszta posiłku zdecydowanie zasłużyła na wysokie oceny z internetu. Po smacznym posiłku udaliśmy się na spacer wzdłuż wartkiego potoku, na który wcześniej spoglądaliśmy z tarasu. Stroma, błotnista ścieżka co prawda nie doprowadziła nas do żadnego spektakularnego punktu widokowego, ale i tak miło było po prostu przejść się po lesie, zamiast od razu zamykać się w pokoju. Wymęczeni całym dniem w siodle i dotlenieni górskim powietrzem, padliśmy na łóżka dość wcześnie. Szum przepływającego niedaleko potoku szybko usypiał do snu, i pomimo że za oknem usłyszeliśmy rozkręcającą się imprezę naszych rodaków, nie byliśmy już w stanie do nich dołączyć. Dzień pełen widokowych zakrętów dobiegł końca, a my potrzebowaliśmy baterii naładowanych do pełna – przed nami była przecież Albania.







    Tradycyjnie już wczesnym rankiem, po szybkim śniadaniu, spakowaliśmy graty i ruszyliśmy w dalszą drogę. Pusta poranna trasa przyjemnie kołysała nas na zakrętach, które dzięki całkiem dobrej nawierzchni pozwalały cieszyć się jazdą. Było dość rześko, ale w górzystym terenie Czarnogóry to chyba standard, że temperatura rośnie dopiero wraz z upływem dnia. Na początku jechaliśmy ponownie trasą P4, a następnie skręciliśmy w M2, przecinającą dwa pasma: Sinjajevinę i Bjelasicę.Górskie pejzaże rozpościerały się, jak okiem sięgnąć, i jak się później okazało, były zaledwie preludium przed znacznie bardziej majestatycznymi szczytami. Kierowaliśmy się ku przejściu granicznemu Guci – Vermosh, by następnie kultową drogą SH20 oficjalnie powitać Albanię. Mijając kolejne miasteczka, rozglądałem się za lokalną piekarnią. Dość skromne śniadanie nie nasyciło mnie na tyle, abym zrezygnował z burka – tradycyjnego, zapiekanego placka z ciasta filo. Rzutem na taśmę, już zupełnie niedaleko granicy, udało nam się namierzyć czarnogórską pekarę. Zamówiłem dwa rodzaje tej bałkańskiej przekąski zawijanej w kształt ślimaka: z serem oraz z mięsem. Większość posiłku skonsumowaliśmy zaraz przy motocyklu, popijając go wodą z menażki, a resztę skwapliwie zawinęliśmy w papier oraz folię i schowaliśmy na później do kufra. Chwilę później zameldowaliśmy się na granicy. Ucieszył nas widok zaledwie jednego auta przed nami – odprawa zapowiadała się ekspresowo. Tak nam się jednak tylko wydawało. Albański pogranicznik odebrał od nas paszporty oraz motocyklowe kwity i zniknął w swojej budce. My staliśmy w pełnym słońcu, zastanawiając się, czy każde słowo z naszych dokumentów jest tam skrupulatnie analizowane i tłumaczone za pomocą obszernego, zakurzonego słownika albańsko-polskiego. Gdyby kolejka obejmowała chociaż kilka pojazdów, postój na bramce trwałby pewnie z pół dnia. W pewnym momencie podjechał samochód z kolejnymi pogranicznikami. Czyżby nie radzili sobie z tłumaczeniem i ściągnęli posiłki z nowymi słownikami albo żywym tłumaczem? Nic z tych rzeczy. Nowo przybyli funkcjonariusze rzucili na nas jedynie krótkie spojrzenie i po wylewnych powitaniach z obsadą placówki ucięli sobie z nimi leniwą pogawędkę, niespecjalnie przejmując się naszą obecnością. W końcu jednak doczekaliśmy się. Jak gdyby nigdy nic, celnik wyłonił się z budki, oddał nam papiery i machnięciem ręki pozwolił kontynuować podróż. ​Nie czekałem na dalsze słowa zachęty. Odpaliłem motocykl i po chwili przemierzaliśmy już Dolinę Vermosh, prowadzącą wprost ku najbardziej spektakularnemu odcinkowi kultowej drogi SH20. Początek tej trasy przebiega przez niewielkie wzniesienia, lecz po kilku kilometrach krajobraz drastycznie gęstnieje. Majestatyczne szczyty Gór Przeklętych zdominowały całkowicie otaczający nas pejzaż. Nazwa Prokletije nie jest przypadkowa – wieki temu nadali ją wędrowcy i tutejsi mieszkańcy, dla których te skaliste, niedostępne ściany skalne były miejscem przerażającym i nie do zdobycia. Dziś trasa wije się tu wspaniałymi serpentynami, a całkiem dobra nawierzchnia sprawiała, że czułem czystą radość z każdego pokonanego kilometra. Mijaliśmy kilka niewielkich osad, w których toczyło się spokojne życie. Trudno było nie zastanawiać się, jak wygląda tu proza codzienności. Zza wizjera kasku obserwowaliśmy kamienne domy, małe poletka wydarte górzystej ziemi i ludzi, dla których ten surowy, ostry klimat to po prostu dom. Zimą te odcięte od świata wioski pewnie zamierają pod grubą warstwą śniegu, ale teraz, w pełnym słońcu, tętniły cichym, niespiesznym rytmem. Ta surowość miała w sobie coś niezwykle prawdziwego i dającego do myślenia. Im bliżej doliny rzeki Cemi, tym częściej oprócz skromnych, tradycyjnych gospodarstw mijaliśmy też całkiem nowoczesne, ładne hotele i zadbaną infrastrukturę. To niesamowity kontrast – surowy, wysokogórski klimat i twarda codzienność lokalnych mieszkańców płynnie mieszają się tu z nową, turystyczną rzeczywistością, która coraz śmielej wkracza w te rejony Gór Przeklętych. Zatrzymaliśmy się przy drodze, by chwilę odsapnąć, strzelić kilka fotek, a przede wszystkim uzupełnić płyny. Po zgaszeniu silnika słychać było jedynie jednostajny śpiew cykad, które całkowicie wypełniły przestrzeń. W kamienistym rozlewisku woda płynęła wąskim, wartkim potokiem, przy którym stało kilka krów, które podobnie jak my postanowiły ugasić pragnienie. Niesamowity spokój, który tu panował, sprawiał, że chciało się jak najdłużej uczestniczyć w tym sielskim spektaklu. Ciekawi, co jeszcze nas czeka tego dnia, ruszyliśmy w dalszą drogę. Skaliste szczyty zbliżały się z każdym kilometrem. Przed nami wyrastała seria serpentyn, które pięły się wprost na przełęcz Rrapsh. Droga była pusta i dość szeroka, więc kolejne zakręty pokonywałem z olbrzymią frajdą. To w prawo, to w lewo – asfalt ciągle wspinał się w górę, prowadząc nas do najbardziej spektakularnego punktu widokowego na całej trasie SH20: Leqet e Hotit (ok. 730 m n.p.m.). Zaparkowałem na żwirowym parkingu obok kilkunastu innych maszyn. Choć ich tablice rejestracyjne pochodziły z najróżniejszych zakątków Europy, nie było tu żadnej bariery w komunikacji. Ludzie z miejsca ze sobą rozmawiali, dzieląc się wrażeniami z dotychczasowej trasy i planami na dalszą część wyprawy. Stojący obok sklepobusik, gęsto oklejony naklejkami podróżników z całego świata, serwował zimne napoje i drobne przekąski. Nasze wlepki również przyozdobiły jego kolorową karoserię. W takim miejscu człowiek natychmiast przestaje czuć się obco – staje się częścią jednej, wielkiej, motocyklowej społeczności. Zostałem poproszony o zrobienie kilku zdjęć parze Słowaków, po czym chłopak zaproponował szybki rewanż. Ustawiliśmy się na tarasie widokowym, gdy ten wielki, postawny, brodaty facet niespodziewanie rzucił głębokim głosem: „kuku!”. Wybuchnęliśmy śmiechem, a na naszych twarzach od razu pojawił się absolutnie naturalny, szeroki uśmiech. Chwilę porozmawiałem też z pewnym Serbem, któremu bardzo spodobała się nasza maszyna. Zapytał, jak mi się nią jeździ i czy jestem z niej zadowolony, więc bez wahania zaproponowałem, żeby usiadł i sam sprawdził, czy odpowiada mu pozycja za kierownicą. W rewanżu pochwalił się swoim BMW GS 800. Pogadaliśmy jeszcze chwilę o naszych trasach, po czym pożegnaliśmy się, by ruszyć w dalszą drogę. Zjazd w stronę Szkodry to czysta bajka – przepiękny pejzaż i niesamowicie zakręcona droga, która z każdą kolejną agrafką płynnie wytracała wysokość. Im bliżej miasta, tym ruch stawał się większy, a zachowanie lokalnych kierowców mocno odbiegało od ogólnie przyjętych norm. Przypominało mi to trochę styl jazdy w Gruzji, gdzie zasady są dość płynne – trzeba do tego po prostu przywyknąć, mieć oczy dookoła głowy, a palce stale na klamce hamulca.









Naszym celem była mała miejscowość Shirokë, leżąca tuż nad brzegiem Jeziora Szkoderskiego. Już od kilku dni byliśmy w stałym kontakcie z Łukaszem i Basią, którzy – podobnie jak my – przemierzali akurat Bałkany, i w końcu nasze drogi miały się skrzyżować. Poznaliśmy ich w tym roku na spotkaniu zorganizowanym z okazji pierwszego dnia wiosny przez Moto Podhale. Ich ogromna otwartość i niezwykle przyjazne usposobienie z miejsca zjednały sobie całą naszą ekipę. Oboje, pełni energii i życiowej pasji, z fascynacją opowiadali o swoich motocyklowych doświadczeniach. Już zresztą na tamtym wiosennym zjeździe rzuciliśmy luźne hasło, że przy odrobinie szczęścia uda nam się przeciąć szlaki podczas bałkańskiej rajzy. Zaznajamiając się z bliska z albańskim stylem jazdy oraz walcząc z nawigacją, która i tym razem nie mogła rozgryźć, gdzie dokładnie znajduje się nasz hotel, w końcu dotarliśmy na miejsce. Byliśmy pierwsi – nasi znajomi mieli dołączyć do nas dopiero za kilka godzin. Po sprawnym zakwaterowaniu i zrzuceniu ciuchów motocyklowych postanowiliśmy wybrać się na nabrzeże. Naszym celem była jedna z miejscowych restauracji i spróbowanie osławionego przez samego barda polskiej kuchni, Roberta Makłowicza, tutejszego karpia. Chwilę później siedzieliśmy już w świetnie ocenianej restauracji „Shiroka”. Obok nas świętowała albańska rodzina – dym z papierosów i głośne, gwarne rozmowy tworzyły typowy, bałkański klimat. To właśnie w takich miejscach można zasmakować prawdziwego oblicza lokalnej kultury, tak zupełnie odmiennej od zamkniętej hotelowej enklawy. Zamówiliśmy dwa różne rodzaje karpia – jednego z pieca, drugiego z grilla – i obie wersje okazały się absolutnie rewelacyjne. Nigdy wcześniej nie jadłem tak pysznej ryby! Do tej pory karp kojarzył mi się wyłącznie ze świąteczną tradycją, a nie z prawdziwie wykwintnym posiłkiem. 
Po obiedzie wybraliśmy się na krótki spacer wzdłuż brzegu jeziora, a przy okazji kupiliśmy zimne, albańskie piwo, by z należytym honorem powitać strudzonych wędrowców. Zdążyliśmy dotrzeć do naszego hotelu jeszcze przed Basią i Łukaszem. Gdy po chwili wjechali na podjazd, powitaliśmy ich schłodzonym, bursztynowym napojem. Radość ze spotkania była ogromna – długa podróż, setki kilometrów zakrętów, zasłużony, wspólny wieczór nad Jeziorem Szkoderskim oraz opowieści z drogi, którymi nawzajem się dzieliliśmy. Kolacja w barze przy promenadzie, jedzona przy zachodzie słońca w tak doborowym towarzystwie, była po prostu idealnym dopięciem tego dnia. 







c.d.n.































Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI CZĘŚĆ 2

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI CZĘŚĆ 3

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI