WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI CZĘŚĆ 2




    Przylądek Kamenjak jest najbardziej na południe wysuniętym punktem półwyspu Istria. Słynie z malowniczych plaż i klifów, które kształtują nadbrzeże jednego z najdzikszych rezerwatów przyrody Chorwacji. Pominięcie więc takiego miejsca byłoby delikatnie mówiąc nietaktem. Dlatego też opuszczając Pješčena Uvala w nawigację wbiłem taras widokowy, umieszczony prawie na samym końcu cypla. Wyjechaliśmy przed 7 rano więc miasteczko dopiero budziło się do życia. Puste drogi i optymalna temperatura to wystarczająca nagroda za wcześniejszą pobudkę. Po kilkunastu minutach dojechaliśmy do wioseczki Prementura, będącej ostatnią osadą na przylądku Kamenjak. Chwilę później asfaltowa droga zmieniła się w szutrową. Dojechaliśmy do kasy biletowej, w której pobrano od nas opłatę za wjazd 5 euro. Pomimo kamienistej nawierzchni motocykl bardzo dobrze trzymał się drogi, wybierając wszelkie nierówności. Nawiasem mówiąc, na naszym poprzednim motocyklu byłoby to z pewnością spore wyzwanie. Początek trasy wiedzie przez zalesiony obszar parku, który po chwili zmienia się w otwartą przestrzeń. Po obu stronach dróżki od czasu do czasu pojawiają się malownicze zatoczki. Wczesna godzina sprawiła, że byliśmy jednymi z niewielu turystów, którzy odwiedzili to miejsce. Dzięki temu mogliśmy jechać nie spiesząc się, wchłaniając wszystkimi zmysłami przyrodę rezerwatu. Zatrzymaliśmy się przy drewnianej konstrukcji przypominającej ramkę do zdjęć z napisem "KAMENJAK". Jest to fajne miejsce na pamiątkową fotkę. Odgłos silnika został zastąpiony głosem niezliczonej ilości cykad, które swoim koncertem dopełniły bałkański obraz przyrody. Puściłem drona, aby nagrać okolicę z lotu ptaka, po czym strzeliliśmy kilka zdjęć i ruszyliśmy dalej. Kolejnym miejscem postoju był taras widokowy wbity wcześniej w GPS-a. Przy parkingu stał w krzakach niewielki katamaran, który wyglądał trochę nierealnie na skalistym wzgórzu. Czy czeka tutaj na transport i kolejne morskie przygody czy raczej to tutaj jest jego ostatni port, pozostaje zagadką. Oklejony setkami wlepek jest niemym świadkiem turystycznych eskapad wielu podróżników. Obok znajduje się martwe drzewo z tabliczką "SAFARI BAR", w którego koronie jest niewielka platforma widokowa. Nie znaleźliśmy jednak sposobu, aby się tam wspiąć. Pewnie istnieje taka możliwość w czasie gdy bar jest otwarty. Niestety o tej godzinie miejsce było opuszczone, nie licząc kilku turystów, którzy podobnie jak my rozpoczęli dzień na kamienistym cyplu. Przeszliśmy w stronę wybrzeża przez bar. Drewniane ławy i kamienne stoliki w otoczeniu drzew, przypominają zabudowę rodem z wyspy Robinsona Crusoe. Musi to fajnie wyglądać jak knajpka tętni życiem, dodając tej scenerii swoistego kolorytu. Może kiedyś odwiedzimy Kamenjak na dłużej i będzie okazja poczuć ten klimat. Pozostało zrobić kilka pamiątkowych fotek na kamienistym wybrzeżu i ruszamy w dalszą drogę. Po drodze mijamy bunkier, który obecnie pełni funkcję platformy widokowej, pozostawiamy go jednak na kolejną wizytę. Otwarta przestrzeń i skaliste podłoże sprawiły, że z każdą minutą robiło się coraz goręcej. Postanowiliśmy, że zrobimy sobie dzień odpoczynku, czyli jedziemy na kwaterę i idziemy na plażę. Trasa wiodła drogą D66, która biegnie wzdłuż wschodniego wybrzeża półwyspu Istria. Początkowo mijamy wioseczki i jakieś remonty dróg więc nie za wiele się działo, ale po pokonaniu ok 70km wjeżdżamy na odcinek, który obfituje w punkty widokowe. W okolicy miasteczka Plomin zatrzymaliśmy się na chwilę odpoczynku. Stało tam kilku motocyklistów z różnych zakątków Europy. Zamieniliśmy kilka zdań z Czechem, który wraz z żoną również od kilku dni zwiedzał Chorwację. W pewnym momencie do naszej rozmowy przyłączyła się pewna Pani. Jak się okazało była Polką, która wiele lat temu wyjechała do Kanady i obecnie podróżują z mężem po starym kontynencie. Mieli też w planach odwiedzić Polskę, ciekawe jak oceni transformację naszego kraju. Pożegnaliśmy się z przemiłą rozmówczynią i ruszyliśmy dalej. Każdy mijany kilometr był ucztą dla oczu. Droga wynosiła nas na wzgórza, z których roztaczał się przepiękny krajobraz, by za chwilę zjechać w dół do samej plaży i kolejnego turystycznego miasteczka z masą wczasowiczów.  Jechaliśmy niespiesznie, delektując się piękną panoramą. Na nocleg wybraliśmy niewielkie miasteczko na wyspie Krk o nazwie Nijvice.   Wyspa jest połączona z lądem mostem, który rozpościera się nad dwoma cieśninami tworząc podwójny łuk, który w najwyższym punkcie wynosi 67 m npm. (przejazd nim obecnie jest bezpłatny) Długość tej 45 letniej, żelbetowej konstrukcji wynosi 1430m, a dłuższe przęsło mierzy 390m co stanowi światowy rekord. Jadąc nim można podziwiać widok rozciągający się na okolicę. Dość wcześnie dojechaliśmy do miejsca noclegu. Pensjonat Lavanda, który znaleźliśmy oferował dwupokojowy apartament z klimatyzacją i łazienką oraz dostęp do basenu. Wiedzieliśmy, że wybrany hotelik nie był nad samym morzem, ale skusił nas korzystnym stosunkiem ceny do jakości. Na miejscu okazało się, że znajduje się na wzniesieniu, a zejście nad wodę zajmuje około pół godziny w upalnym słońcu. Posiłkując się mapą i trochę na "czuja" udało się namierzyć sklep spożywczy znajdujący się mniej więcej w połowie drogi. Był niestety zamknięty. W ustach pustynia, pełne słońce... Można było zabrać ze sobą bidon z odrobiną wody, która w nim została... Do miasteczka wpadliśmy z jedyną myślą - PIĆ!!! W sercu miasteczka stał warzywniak i lodówka z wodą kupiliśmy dwie butelki w dość wygórowanej cenie. Po opróżnieniu połowy zawartości okazało się, że niedaleko jest mały market z bardziej atrakcyjnymi cenami. Tam zresztą zaopatrzyliśmy się w piwko na plażę i wodę na powrót. Obiad zjedliśmy w Bistro La Rosa. Nie pamiętam co zamówiliśmy. Musieliśmy być naprawdę w słabej kondycji, bo to jedyny posiłek podczas całej naszej podróży, którego moja pamięć nie zanotowała. Po posiłku udaliśmy się nabrzeżem na skalistą plażę marząc jedynie o kąpieli w morzu. Wyspa Krk oferuje wiele atrakcji, ale zmęczenie wygrało z chęcią turystycznej eksploracji jej uroków. Do wieczora odpoczywaliśmy i ładowaliśmy baterie przed kolejnym dniem, w którym mieliśmy oddalić się nieco od wybrzeża do kolejnej atrakcji Chorwacji czyli Plitvickich Jezior. Nasza wycieczka może wydawać się trochę chaotyczna, ale byliśmy na Bałkanach po raz pierwszy i czuliśmy się trochę jak dziecko w sklepie z zabawkami.Nie mogąc zabrać wszystkich zabawek łapaliśmy za te, które uznaliśmy za najciekawsze. 










     Poranki mieliśmy coraz bardziej ogarnięte: wczesna pobudka, śniadanie, pakowanie i w drogę. Jedyne co nie było tak dograne to szczegóły tasy, którą ustalaliśmy na bieżąco i modyfikowaliśmy ją jeżeli była taka potrzeba. Tego dnia wbiłem w nawigację wybrany pensjonat we wsi Jezierce, który znajduje się dość blisko wejścia do Plitvickich Jezior. Początkowo droga wiła się wzdłuż wybrzeża oferując przepiękne widoki na morze. Nie mogliśmy minąć ich  obojętnie więc kilkukrotnie zatrzymaliśmy się na sesję zdjęciową na przydrożnych parkingach, z których roztaczała się rozległa panorama na Adriatyk. Droga E65 wiedzie przez malownicze nadmorskie miejscowości, w których chciałoby się pozostać na dłużej, zatapiając się w ich wyjątkowym klimacie. Po kilkudziesięciu kilometrach skręciliśmy w drogę D23, równie piękną w swym początkowym etapie. Droga wiedzie przez górzysty teren Parku Narodowego Velebit. Po kilkunastu kilometrach byliśmy już kilkaset metrów nad poziomem morza, które mogliśmy podziwiać z wysokości. Kolejne kilometry nie były już tak fascynujące. Teren zrobił się bardziej płaski, góry zmniejszyły, mimo wszystko fajnie było zatopić się głębiej w spokojniejsze okolice Chorwacji z daleka od turystycznego zgiełku wybrzeża. Do Villi Jezerka dojechaliśmy ok 11. Przebrani w wygodniejsze ubrania ruszyliśmy na podbój Plitvickich Jezior. Po półgodzinnym spacerze dotarliśmy do bram najstarszego i jednocześnie największego Parku Narodowego Chorwacji. Bilety kupiliśmy na miejscu w cenie ok 40 euro za osobę. Atrakcja znajdująca się na liście UNESCO jest unikatowa na skalę światową. Miliony turystów przyciąga tutaj krystalicznie czysta woda w turkusowo - szmaragdowych kolorach, które wydają się być nierealne. Idąc drewnianymi kładkami można obserwować podwodne życie, które kryje się pod lustrem wody. Słyszeliśmy o tym miejscu wielokrotnie, ale żadne zdjęcia i filmy nie są w stanie oddać piękna tego kawałka ziemi. Wodospady, roślinność oraz układ terenu wprawia człowieka w ten stan, że chciałby fotografować każdy skrawek tego rajskiego zakątka. To tutaj znajduje się największy wodospad w Chorwacji - Veliki Slap mierzący 78m. Spadająca z wysokości woda tworzy mgiełkę, która przyjemnie odświeża w ciepły dzień. Wizyta w Parku Narodowym Plitvickich Jezior zajęła nam ok. 5 godzin. W drodze powrotnej zjedliśmy pyszną pizzę w restauracji Bistro Vučnica, znajdującej się w pobliżu miejsca naszego noclegu. Na koniec dnia usiedliśmy na ławeczce przy naszym pensjonacie, aby ustalić plan działania i trasę jutrzejszej podróży. Wieczór zrobił się dość chłodny, co po całym dniu w słonecznej aurze było dość zaskakujące. Po chwili zjawił się nasz gospodarz z kieliszkami miejscowej rakiji, która skutecznie nas rozgrzała. Tutejsi ludzie są bardzo gościnni, o czym mogliśmy przekonać się jeszcze wielokrotnie podczas naszej wycieczki. 













    Poranek oraz pierwsze pokonane tego dnia kilometry orzeźwiały bardziej niż kawa. Puste drogi i przestrzenie sprawiały, że jazda sprawiała nieopisaną radość. Postanowiliśmy więc nie spieszyć się do Splitu, tylko delektować się samą jazdą. Dlatego też ignorowałem nawigację, która usilnie starała się skierować nas na autostradę. Jadąc drogą D1 podziwialiśmy rozległy teren z górzystym krajobrazem, co jakiś czas mijając niewielkie miasteczka i wioski. Nie ma tu spektakularnych zakrętów, ale jadąc tą trasą fascynowała mnie jej malowniczość i spokój. Rzadko mijane auta potęgowały poczucie odosobnienia. Skręciliśmy w drogę D27, która wiedzie przez pasmo Velebit. Plenery jak z powieści Karola Maya, nie dziwi więc fakt, że sceneria ta była wykorzystana przy kręceniu filmów o Winnetou. To tutaj w latach 60 nakręcono ten popularny w Europie western. Mijana w miejscowości Obrovac rzeka Zrmanja była filmową rzeką Rio Pecos, nad którą nakręcono kilka scen do filmu  "Winnetou:Złoto Apaczów". Nad brzegiem malowniczego kanionu powstała wioska Indian, miejsce to jest obecnie punktem widokowym oznaczone jako "Winnetou Drehort".  Jadąc na motocyklu w takich okolicznościach przyrody można wczuć się w rolę współczesnego cowboya przemierzającego prerię  na stalowym rumaku. Chwilę później przejeżdżaliśmy niedaleko "Karinsko more", które wygląda jak jezioro, ale to tylko złudzenie, gdyż łaczy się z Adriatykiem tworząc tą malowniczą zatokę. W miarę pokonywania kolejnych kilometrów i zbliżania się do wybrzeża robiło się coraz cieplej. Zatrzymywaliśmy się co jakiś czas w cieniu, aby się chwilę schłodzić i nawodnić. Podczas jednego z takich postojów na stację benzynową podjechał pickup i zatrzymał się przy wejściu do budynku. Wysiadło z niego dwóch facetów w kamizelkach klubu motocyklowego. Kiwnęliśmy do siebie na powitanie. Po wyjściu z obiektu jeden z nich podszedł do nas, spojrzał na rejestrację, przybił piąteczkę i spytał, skąd jesteśmy i dokąd się wybieramy. Z uznaniem pokiwał głową i zawołał do swojego kolegi: „Oni przyjechali z Polski!”. Tamten uniósł kciuk w górę i machnął do nas. Nasz rozmówca na odchodnym podarował nam naszywkę i naklejki swojego klubu, odwdzięczyłem się, dając mu nasze wlepy. Bardzo sympatyczny gest potwierdzający gościnność mieszkańców Bałkanów i tzw. motocyklowe braterstwo nie znające barier kraju czy języka. Przed samym Splitem zrobiło się naprawdę gorąco, do tego dwupasmówka była bardzo zatłoczona i trzeba było lawirować między autami, aby nie stać w tym ukropie. Na szczęście dość szybko pokonaliśmy korek i wjechaliśmy do miasta. Nocleg znaleźliśmy niedaleko centrum w hotelu Split Holidays 5. Duży wygodny pokój z klimatyzacją w cenie ok 50 euro/noc i ok 20 minut drogi od Pałacu Dioklecjana. Przyjemnie było ściągnąć z siebie ubranie motocyklowe i wskoczyć pod prysznic. Na obiad udaliśmy się do wysoko ocenianego lokalu "Restoran Laf!" oferującego bardzo smaczną bałkańską kuchnię w przystępnych cenach. Najedzeni i wypoczęci ruszyliśmy na podbój miasta. Zaczęliśmy od wspomnianego Pałacu Dioklecjana, który stanowi wizytówkę miasta. Wstęp do dawnej rezydencji cesarza jest darmowy gdyż pełni obecnie funkcję starówki. Płatne natomiast jest wejście do kilku budynków w tym m.in. do Katedry, podziemi oraz skarbca. Turysta sam wybiera, które atrakcje chciałby oglądnąć i kupuje w kasie odpowiedni bilet. Przechodząc klimatycznymi wąskimi uliczkami docieramy na centralny plac pałacowy otoczony kolumnami charakterystycznymi dla greckiej i rzymskiej architektury. Dziedziniec jest pełen życia. Wycieczki z różnych krajów zbierają się w podgrupy  wsłuchując się w opowieści o losach tego miejsca snute w wielu językach przez przewodników. Część zgromadzonych ludzi siedzi na schodkach korzystając z przyjemnego cienia, a dwóch rzymskich legionistów ustawia się do zdjęć z turystami strojąc groźne miny.  Kupiliśmy średni pakiet biletowy, skrupulatnie odchaczany przez kustosza podczas wstępu do kolejnej atrakcji. Odwiedziliśmy m.in. Katedrę, Świątynię Jowisza oraz skarbiec. Budynki mają przeszło 1700-letnią historię, która wyryta jest w każdym kamieniu odzwierciedlając burzliwe dzieje oraz przeobrażenia architektoniczne. Następnie przez katakumby dotarliśmy do nadmorskiej promenady, wzdłuż której tętni życie. Bulwar Riva jest miejscem spotkań mieszkańców Splitu. To tutaj odbywają się festiwale, parady oraz inne ważne dla miasta wydarzenia. Przy nadbrzeżu przechadzają się ludzie, korzystając z odrobiny cienia jakie daje aleja palm oraz wiatr od morza (który nawiasem mówiąc nie jest tak świeży jak w mniejszych miejscowościach). Liczne restauracje i bary wtopione w zabytkową część miasta oraz zakotwiczone w porcie statki dopełniają śródziemnomorski klimat tego miejsca.  Idąc promenadą dotarliśmy do Plaza de La Republica. Plac otoczony budynkami z czerwonymi arkadami w stylu weneckim oraz otwartym widokiem na morze jest miejscem gdzie odbywają się koncerty i spektakle teatralne. Nie załapaliśmy się jednak na żadne wydarzenie kulturalne, więc udaliśmy się na dalszą eksplorację starego miasta. Wędrując brukowanymi uliczkami mijamy sklepiki, kawiarnie i restauracje wkomponowane w historyczne zabudowania, tworzące obraz tego nadmorskiego miasta. Wieczorem wróciliśmy do hotelu. Mijając motocykl zauważyłem, że zapomniałem zdjąć kamery, która pomimo tego, że parking znajdował się przy ulicy, nadal tkwiła w uchwycie. Szczęście czy inna mentalność ludzi... sam nie wiem. 


















  Wczesnym rankiem, bez  korków, na spokojnie, opuściliśmy budzące się do życia miasto. Podczas ustalania trasy zastanawiałem się czy jechać przez Makarską wzdłuż wybrzeża, czy po prostu jak najszybciej pojechać do Mostaru. Wybraliśmy tą szybszą, mniej ciekawą opcję, ponieważ wiedzieliśmy, że Magistrala Adriatycka łącznie z tarasem widokowym Bikovo oraz szczytem Sveti Jure zajmie nam zbyt dużo czasu i zostawimy ten odcinek na kolejny wypad. Fakt, że obrana droga nie zachwycała spektakularnymi widokami, ale dość szybko udało się ją pokonać. Przed 9 rano zaparkowaliśmy motocykl na płatnym parkingu w okolicy starego mostu na rzece Naretwie będącego wizytówką miasta. Kamienna budowla powstała za czasów osmańskich na zlecenie tureckiego sułtana Sulejmana zastępując drewnianą konstrukcję. Most przez wieki był symbolem pojednania chrześcijaństwa z islamem. Niestety podczas działań wojennych w 1993 roku został zniszczony przez chorwacką armię. Na szczęście przy wsparciu UNESCO i Banku Światowego udało się go odbudować i od 2004 roku znów przyciąga rzesze turystów. Na szczęście dzięki temu, że wybraliśmy szybszą drogę uniknęliśmy tłumów i mogliśmy na spokojnie podziwiać bałkańską architekturę. Po dwóch stronach rzeki znajdują się zabudowania starego miasta, z kolorowymi sklepikami, restauracjami oraz kawiarniami. Spacerując wąskimi uliczkami starego miasta w Mostarze, zanurzyliśmy się w prawdziwie orientalnym bazarze. Sklepiki, ukryte w kamiennych kamieniczkach, pulsowały feerią barw i blaskiem miedzianego rękodzieła. W powietrzu unosił się klimat osmańskiego dziedzictwa, a lady uginające się od kolorowych lamp mozaikowych i misternie tkanych kilimów sprawiały, że czuliśmy się bardziej jak w Stambule niż w sercu Europy Miejsce to jest tak malownicze, że nie sposób przejść nie wyciągając aparatu fotograficznego. Usiedliśmy na chwilę w kawiarence zamawiając kawę po bośniacku podawaną w miedzianych tygielkach (Džezva), którą następnie piliśmy z maleńkich filiżanek (Fildžan). Do kawy zamówiliśmy baklavę, która pomimo tego, że występuje chyba we wszystkich regionach półwyspu, w każdym miejscu smakuje inaczej. Przyjemnie było zasiąść przy stoliku i delektując się aromatycznym napojem obserwować tętniące wokół życie. Trochę żałowaliśmy, że nocleg został już zarezerwowany, ponieważ chcielibyśmy zobaczyć to miasto wieczorem, kiedy zapalają się lampy, a ich światło rozlewa się po ulicach dodając budynkom inny, bardziej tajemniczy charakter. Czas był jednak ruszać w dalszą drogę. Kolejnym miejscem, które tego dnia chcieliśmy zobaczyć było Medjugorie, będące popularnym ośrodkiem pielgrzymkowym związanym z objawieniami maryjnymi. Motocykl udało się zostawić niedaleko centralnego punktu miejscowości jakim jest Kościół św.Jakuba, wokół którego koncentruje się religijne życie. Na placu mijaliśmy pątników z różnych zakątków świata, którzy przybyli tutaj by wspólnie się pomodlić oraz znaleźć wyciszenie. Weszliśmy na chwilę do kaplicy. Świątynia po brzegi była wypełniona wiernymi uczestniczącymi w nabożeństwie. Wnętrze jest proste, modernistyczne, zaprojektowane nie do podziwiania, lecz do skupienia na modlitwie, z pięknymi witrażami i figurą Matki Bożej. Dominuje tu jasna barwa ścian  i gładkiego, jasnego drewna, z którego wykonano ławy. Po chwili, by nie zakłócać ceremonii, wyszliśmy na zewnątrz. Plac przed kościołem, w przeciwieństwie do skupionego wnętrza, tętnił życiem i słońcem, rozlewając się szeroko jasną, kamienną kostką. Nasz wzrok przyciągnęła biała figura Matki Bożej, stojąca pośrodku kwietnika otoczonego kutym płotkiem. Kilka osób ustawiało się do pamiątkowego zdjęcia, inne przyklękały i w ciszy odmawiały modlitwę. Przeszliśmy się powoli po placu mijając wysokie, ciemne cyprysy, które rzucały zbawienny cień. Surowe, żółte wieże kościoła z zegarami górowały nad nami, harmonijnie wpisując się w krajobraz. Pod drzewami odkryliśmy poidełko, które pozwoliło nam się odrobinę odświeżyć. Ruszyliśmy w stronę parkingu, a po chwili byliśmy już znowu w drodze, gotowi na kolejne kilometry naszej podróży. Dość szybko udało się opuścić trochę zatłoczoną już o tej godzinie Medjugorie. Gdy minęliśmy ostatnie zabudowania jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki na naszej trasie zrobiło się  pusto. Jechaliśmy niespiesznie bocznymi drogami od czasu do czasu mijając niewielkie miasteczka i wioski. Z drogi E73 skręciliśmy w R426 biegnącą wzdłuż jeziora Svitavsko, które jest częścią parku przyrody Hutovo blato. Kręta, ale dziurawa droga wyniosła nas coraz wyżej , by z góry móc podziwiać ten unikalny wodno-błotny obszar. Jezioro z góry wyglądało jakby pokryte było setkami niewielkich wysepek,  wokół których skupiały się liczne ptaki, krążące nad wodą i zatrzymujące się na porośniętych roślinnością skrawkach lądu. Po przyjemnych zakrętach teren stał się bardziej płaski a widoki skryły się za krzewami. Chwilę później skręciliśmy w drogę M17.3, której gładka, piękna nawierzchnia zaprowadziła nas do jedynego nadmorskiego miasteczka należącego do Bośni i Hercegowiny. Gdy zostawialiśmy za plecami surowe, spalone słońcem skały Hercegowiny, nagle otworzyła się Adriatycka panorama oraz nadmorski kurort położony w głębokiej, osłoniętej zatoce. Charakterystyczne, wielopiętrowe białe budynki, wyglądają, jakby walczyły o każdy centymetr miejsca nad wodą. Droga wije się ostrymi serpentynami w dół, a między dachami pojawia się intensywnie turkusowa tafla wody. Zjazd w stronę wybrzeża dostarcza naszym zmysłom czystej, motocyklowej adrenaliny. W ciasnych złożeniach na serpentynach czujemy, jak gorący podmuch powietrza znad lądu miesza się z orzeźwiającą, słoną bryzą uderzającą w kask. Tutaj nie tylko można zobaczyć błękit – tu się po prostu w niego wjeżdża, czując każdą zmianę temperatury i zapach morskiej soli na twarzy. Neum przywitało nas typowym dla kurortu gwarem: zapachem grillowanych ryb, widokiem turystów w klapkach z dmuchanymi gadżetami przecinających jezdnię w drodze na plażę i ciasną zabudową, która wymuszała na nas baczniejszą uwagę. Manewrując między zaparkowanymi samochodami a kolorowymi straganami, poczuliśmy, że surowa przygoda na trasie właśnie zmienia się w zasłużony, nadmorski relaks. Małomiasteczkowy ruch kazał nam dostosować się do jego rytmu, w którym niespiesznie dojechaliśmy do pensjonatu Guest House Babić. Przed hotelem, jakby czekając na nasze przybycie, siedział gospodarz, który gdy tylko nas zobaczył poderwał się z fotela i podszedł się przywitać. Po powitaniu zaproponował pomoc przy wniesieniu naszych gratów, dzięki czemu wystarczył jeden kurs aby cały majdan znalazł się w naszym pokoju. Z balkonu rozpościerał się przepiękny widok na Zatokę Klek-Neum i Most Pelješac, który łączy kontynentalną część Chorwacji z półwyspem Pelješac, pozwalając na ominięcie bośniackiej granicy. Wykąpani i przebrani wyruszyliśmy na poszukiwanie sklepu spożywczego, w którym chcieliśmy kupić napoje oraz coś na śniadanie. Kaskadowa zabudowa miasteczka poprzecinana niezliczoną ilością schodów w połączeniu z żarem lejącym się z nieba szybko wyczerpała nasze naładowane kąpielą baterie. W końcu znaleźliśmy upragniony sklep, w którym kupiliśmy potrzebne produkty. W drodze powrotnej zauważyłem zaparkowany w cieniu motocykl z polską tablicą (2 dni później poznaliśmy jego właściciela Pawła, którego - jeśli to czyta - serdecznie pozdrawiam). Na obiad wybraliśmy się do restauracji Trabakul znajdującej się przy plaży. Zamówione kalmary były smaczne, ale nie tak jak zjedzone kilka dni temu w niepozornym barze w Puli. Po obiedzie poszliśmy na kamienistą plażę, korzystać z morskich kąpieli. Gdy słońce zaczęło powoli chować się za linią horyzontu, a upał ustąpił miejsca przyjemnej bryzie, wróciliśmy na nasz balkon. Siedząc tam w ciszy, przy akompaniamencie cykad, poczuliśmy, że to właśnie ten moment, w którym można wsłuchać się w siebie i docenić podróż zapisującą w pamięci niezapomniane ślady.






















Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI CZĘŚĆ 3

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI