WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI CZĘŚĆ 3

 

    

    Wczesne śniadanie zjedliśmy na balkonie, upajając się panoramą zatoki. Promienie budzącego się słońca tańczyły na fasadach budynków, rzucając na taflę wody ich impresjonistyczne odbicia. Solidne mury w drgającym lustrze zatoki rozpływały się w miękkie pociągnięcia pędzla, tworząc niesamowity, akwarelowy pejzaż. Opuszczając Neum, mijaliśmy puste uliczki, które jeszcze wczoraj tętniły życiem. O tej godzinie miasteczko dopiero zaczynało budzić się do kolejnego dnia pełnego słońca i turystycznego zgiełku. Wjechaliśmy na Magistralę Adriatycką, która po kilku kilometrach zaprowadziła nas do granicy z Chorwacją. Odprawa na opustoszałym przejściu okazała się czystą formalnością. Odkąd powstał most Pelješki, łączący obie części chorwackiego wybrzeża, tutejsi pogranicznicy raczej nie narzekają na nadmiar pracy ;) Jadąc tą trasą widokową nie można narzekać na brak bodźców wizualnych. Z lewej towarzyszyło nam surowe, skalne zbocze, gęsto przetykane śródziemnomorskimi krzewami, natomiast z prawej strony drogi, w dole, lśniły wody Adriatyku, usiane wyłaniającymi się z oddali sylwetkami Wysp Elafickich. Pusta droga kładła się przed nami łagodnymi łukami, wprowadzając motocykl w przyjemne kołysanie. Nie spieszyliśmy się – kilka razy stawaliśmy na poboczu, by uwiecznić tę scenerię na fotografiach, choć wybór miejsca na postój nie był łatwy – za każdym zakrętem otwierał się widok, który zdawał się jeszcze piękniejszy od poprzedniego. W końcu jednak, po kolejnym łagodnym wzniesieniu, na horyzoncie wyłonił się majestatyczny most, a za nim Dubrownik, w którym planowaliśmy krótki postój. Dojeżdżając do starego miasta zatrzymaliśmy się na światłach. Podjechał do nas mężczyzna na skuterze i spytał gdzie jedziemy po czym kiwnął ręką zachęcając do podążenia za nim. Niewiele myśląc pojechałem jego śladem i po przejechaniu kilkuset metrów wjechaliśmy na parking tuż przy murach miejskich. Powiedział, że ten parking jest bezpłatny dla motocykli (o czym zresztą świadczyły postawione tam znaki). Chwilę porozmawialiśmy i pożegnaliśmy się z sympatycznym Chorwatem. Starówka powitała nas chłodem kamiennych murów, który przyjemnie odświeżył nas po motocyklowej jeździe w dość ciepły, słoneczny poranek. Schodząc długimi, wąskimi schodami wzdłuż kamienic mieszczących sklepiki i kawiarenki, doszliśmy do przestronnego placu, na którym królowały gładkie, białe kamienie tworzące to zabytkowe serce miasta. Otoczenie wyglądało niemal nierealnie – słońce, odbijając się od wypolerowanego przez wieki wapienia, sprawiało, że ulica lśniła, jakby była pokryta taflą lodu. Białe ściany budynków kontrastowały z tłem bezchmurnego, błękitnego nieba, przyciągając wzrok do poszczególnych detali architektonicznych. Idąc przez prawie pusty plac, mogliśmy w spokoju obserwować budzące się do życia miasteczko. Doszliśmy do Schodów Jezuickich, wzorowanych na słynnych Schodach Hiszpańskich w Rzymie. Światową sławę zyskały w ostatnich latach dzięki serialowi „Gra o tron” – to właśnie tutaj kręcono słynną scenę „marszu wstydu” (Walk of Shame). Dziś to jedno z najpopularniejszych miejsc na pamiątkową fotografię w całym mieście, jednak dzięki naszej porannej wizycie zastaliśmy tam zaledwie dwie osoby. Zaproponowałem, że zrobię im wspólne zdjęcie, po czym nowi znajomi zrewanżowali się nam tym samym. Następnie udaliśmy się wzdłuż murów obronnych, okalających stare miasto od południowej strony. Znaleźliśmy tam świetny punkt widokowy, z którego rozpościerała się panorama na mieniące się wody Adriatyku i leniwie sunące po nich statki wycieczkowe. Chwilę później przeszliśmy wąskimi, stromymi uliczkami w stronę głównej arterii starówki. Przed nami wyrosła Wielka Fontanna Onofria – jedna z najbardziej charakterystycznych budowli w Dubrowniku. Ma formę potężnej, szesnastobocznej bryły zwieńczonej ceglaną kopułą. W tym miejscu można uzupełnić butelki lub odświeżyć się, korzystając z wody wypływającej z szesnastu rzeźbionych masek, z których każda jest nieco inna. Zgodnie z miejscowym przesądem obmyliśmy ręce w fontannie i napiliśmy się wody, aby zapewnić sobie pomyślność oraz powrót do miasta. Deptak zdążył się już wypełnić głośnym tłumem turystów. Zapach świeżo parzonej kawy mieszał się z morską bryzą, a my, uciekając w bok i klucząc po schodkach pnących się ku górze, co rusz odkrywaliśmy ukryte zaułki z praniem suszącym się wysoko nad naszymi głowami. To właśnie w tych detalach – w donicach z bazylią na parapetach i kotach drzemiących na murkach – kryje się dusza Dubrownika, której nie znajdzie się w żadnym przewodniku. Pożegnaliśmy kamienne miasto i wróciliśmy do naszego motocykla, gotowi na kolejny etap przygody. Ruszyliśmy w stronę granicy z Czarnogórą. Droga pięła się w górę, by za chwilę ukazać nam panoramę Dubrownika – z tej perspektywy pomarańczowa barwa dachówek przepięknie kontrastowała z morskim błękitem. Zatrzymaliśmy się na moment na poboczu, by móc rzucić ostatnie spojrzenie na perłę Adriatyku. Magistrala Adriatycka w kolejnej odsłonie ukazuje nam piękno wybrzeża, meandrując pomiędzy skałami z jednej strony trasy, a panoramą na Zatokę Żupską z drugiej. Morska bryza niosła ze sobą nie tylko zapach nagrzanego, słonego powietrza, ale też aromat roślinności, która okalała zewsząd mijaną trasę. To dla takich chwil każdy motocyklista przyjeżdża w te strony, aby nie tylko zobaczyć, ale poczuć to każdym kawałkiem siebie. Chwilę później droga oddaliła się od morza, a ruch stał się bardziej ożywiony ze względu na sąsiedztwo lotniska Čilipi. Dojeżdżając do granicy, zjechałem na pobocze, aby wyłączyć dane mobilne w naszych telefonach i uniknąć wysokich opłat za roaming. W tym momencie minął nas motocykl, który spotkaliśmy już wcześniej w Neum – para jadąca na nim pozdrowiła nas serdecznym machnięciem ręki. Gdy dotarliśmy do przejścia granicznego, zauważyliśmy ich kilka pojazdów przed nami. Zachęcili nas, gestykulując, abyśmy przecisnęli się przez dzielące nas auta i dołączyli do nich w oczekiwaniu na odprawę. Po chwili stanęliśmy obok, witając się serdecznie. Okazało się, że Paweł i Magda przyjechali tu z Małopolski, by podobnie jak my eksplorować Bałkany. Stojąc w kolejce, nie mogliśmy się nagadać, więc Paweł zaproponował wspólną kawę już w Czarnogórze, na co bez wahania się zgodziliśmy. Pijąc ożywczy napój, rozmawialiśmy o życiu, drodze i planach na przyszłość. Czas upływał nam błyskawicznie, więc wkrótce nadeszła chwila pożegnania, po której każdy z nas ruszył we własnym kierunku. Kręta droga zaprowadziła nas do promu, który sprawnie przetransportował nas na drugą stronę Zatoki Kotorskiej. Jadąc dalej wzdłuż samego wybrzeża, mijaliśmy wiekowe, kamienne zabudowania po jednej stronie drogi oraz spokojną taflę wody z kołyszącymi się łodziami na tle monumentalnych gór po drugiej. Poruszaliśmy się niemal na poziomie lustra wody, drogą tak wąską, że mijające się auta miały problem, by sprawnie wykonać manewr. Czasami i my musieliśmy się zatrzymać, by ustąpić miejsca większemu pojazdowi. Trasa nie była jednak zatłoczona, więc nie psuło nam to radości z tej chwili. W powietrzu czuliśmy smak morskiej soli i aromat roślinności, która obficie porastała mijane zabudowania. W pewnym momencie nawigacja wskazała dotarcie do celu, ale numery budynków sugerowały coś zupełnie innego. Po chwili odnaleźliśmy właściwy adres – budynek znajdował się w drugiej linii zabudowy, a po pokonaniu stromego podjazdu w końcu zatrzymaliśmy się przed naszym celem: Apartments Markovič. Odświeżeni i przebrani ruszyliśmy spacerem wzdłuż brzegu w stronę Kotoru. Półgodzinna wędrówka została nagrodzona smacznym obiadem w restauracji Meranda Grill House, oferującej – jak sama nazwa wskazuje – dania z grilla, z których zresztą słyną całe Bałkany. Kolejnym punktem tego dnia było zwiedzanie starego miasta, do którego weszliśmy przez Bramę Gurdić, biorącą nazwę od bastionu broniącego tej części dawnego grodu. Przechodząc przez zwodzony mostek, zagłębiliśmy się w zacieniony fragment świetnie zachowanych fortyfikacji. Przez chwilę myszkowaliśmy w ich zakamarkach, by następnie wspiąć się na mury obronne i z tej perspektywy podziwiać piękno Zatoki Kotorskiej. Wzdłuż miejskich umocnień przeszliśmy chodnikiem straży wprost do serca zabytkowej starówki. Tutejsza zabudowa, z wąskimi uliczkami skrywającymi sklepiki i kawiarenki, ma niesamowity urok. Historyczne dziedzictwo różnych kultur, przewijających się tu na przestrzeni wieków, wyryte jest w każdym kamieniu, z którego wzniesiono to miasto. Na moment zatraciliśmy się w labiryncie przejść i zakamarków, pachnących kawą i przyprawami. Szukaliśmy wytchnienia od słonecznego żaru w chłodnych podcieniach, w których leniwie przeciągały się koty – nieodłączny symbol Kotoru. Sceneria wprost zachęca do wyciągnięcia aparatu i uchwycenia w fotograficznym kadrze turystycznego zgiełku. Opuściliśmy stare miasto Bramą Morską, przy której stoją dwie armaty groźnie wycelowane w stronę zatoki. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na chwilę w biurze turystycznym, aby ustalić szczegóły i wykupić wycieczkę motorówką do Błękitnej Jaskini. Dzień zakończyliśmy na tarasie naszego apartamentu, obserwując, jak wielki wycieczkowiec, widziany wcześniej w porcie, wypływa w dalszy rejs, a mury obronne Kotoru rozświetlają się na zboczu góry, tworząc świetlistą wstęgę nad zatoką. Przy dźwiękach cykad i szumie morza planowaliśmy już jutrzejszą morską przygodę.


















    Kolejny dzień przywitał nas słońcem, które powoli wyłaniało się zza surowych grzbietów masywu Lovćen. Zamiast pośpiechu, wybraliśmy spokojną obserwację zatoki z nadbrzeża, czekając na naszą motorówkę. Z tej perspektywy góry po drugiej stronie wydawały się jeszcze potężniejsze, a ich odbicie w nieruchomej, porannej tafli wody było niemal hipnotyzujące. W takiej scenerii nawet minuty oczekiwania na rejs były czystą przyjemnością, choć towarzyszyła nam lekka niepewność, czy dobrze przekazaliśmy naszą lokalizację. Nasze obawy szybko zostały jednak rozwiane – jedna z łodzi przecinających zatokę skręciła nagle w naszym kierunku, by po chwili przybić do brzegu. Byliśmy pierwszymi pasażerami; kolejni zostali zabrani, podobnie jak my, bezpośrednio z nabrzeży w okolicach swoich hoteli. Gdy załoga została skompletowana, łódź zaczęła nabierać prędkości. Podskakując na falach, tworzyła za sobą kilwater, który niczym nóż przecinał wody zatoki. Z głośników dobiegała dyskotekowa muzyka, kreując typowo wakacyjny klimat. Budynki, które wczoraj mijaliśmy motocyklem, teraz mogliśmy oglądać z zupełnie innej perspektywy. Ich jasne ściany i czerwone dachy wyraźnie kontrastowały z ciemną zielenią porośniętych zboczy kanionu. Wiatr smagał nasze twarze wilgotnym dotykiem – to był "wiatr we włosach" w prawdziwie morskim wydaniu. Z racji mojej łysej glacy, ten powiew mogłem poczuć jedynie w zmierzwionej brodzie. Pierwszą atrakcją na naszej trasie były schrony jugosłowiańskiej marynarki wojennej. Te wykute głęboko w skałach tunele, będące pozostałością po dawnych systemach obronnych, robią piorunujące wrażenie. Motorówka zwolniła, a my wpłynęliśmy wprost w mroczną, betonową gardziel, która kiedyś skrywała okręty przed wzrokiem zwiadowców. Uwagę zwracał genialny system maskowania – kaskadowo rozmieszczone, ruchome stalowe półki, na których niegdyś umieszczono kamienie i roślinność, by całość idealnie wtapiała się w zbocze góry. Panujący wewnątrz chłód i echo odbijające się od surowych ścian stanowiły niesamowity kontrast dla słonecznej aury panującej na zewnątrz. Po opuszczeniu tunelu motorówka wskoczyła na wyższe obroty i nabierając prędkości, skierowała się w stronę otwartego morza. Chwilę później zatrzymaliśmy się w pewnej odległości od wyspy Mamula, na której stoi potężna, XIX-wieczna austriacka twierdza. Jej widok budzi respekt i lekki niepokój, zwłaszcza gdy przypomni się jej mroczną historię jako ciężkiego więzienia. Dziś, choć przekształcona w luksusowy resort, wciąż wygląda jak kamienny strażnik broniący dostępu do wnętrza zatoki. Zostawiając jej surowe mury za rufą, wypłynęliśmy na szersze wody, obierając kurs na nasz główny cel – Błękitną Jaskinię. Dzięki temu, że wybraliśmy najwcześniejszą godzinę wycieczki i mniejszą łódź, udało nam się dotrzeć na miejsce jako pierwsi. Po nas dopłynęły jeszcze tylko dwie jednostki. Zapach spalin zmieszany z morską bryzą kumulował się pod skalnym sklepieniem, a barwy wody migotały w odcieniach od głębokiego granatu po jaskrawy turkus. Po opuszczeniu pieczary zakotwiczyliśmy w pobliskiej zatoczce. Nie było w niej jeszcze zbyt tłoczno, więc mogliśmy bez wahania wskoczyć w morski błękit, by choć przez chwilę zaznać upragnionej ochłody. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze na wyspie Gospa od Škrpjela (Matka Boska na Skale). Na tej niewielkiej, sztucznej wysepce wznosi się kościół z 1630 roku, będący sercem zatoki. Niestety, tym razem musieliśmy zadowolić się zwiedzaniem jedynie okolic świątyni. Przez wakacyjny luz zupełnie zapomnieliśmy o odpowiednim stroju, a wychodząc na brzeg bezpośrednio z motorówki, nie zabraliśmy plecaka z rzeczami na zmianę. Surowe zasady dotyczące ubioru sprawiły, że wnętrza kościoła pozostały dla nas nieodkryte, ale sam spacer po kamiennym nabrzeżu i widok na pobliski Perast w pełni nam to zrekompensowały. Chwilę później znów podskakiwaliśmy na falach zatoki, kierując się w stronę Kotoru. Zostawialiśmy za sobą błękitne wody Adriatyku, wracając między wysokie ściany fiordu, które teraz, w pełnym popołudniowym słońcu, wyglądały zupełnie inaczej niż o poranku. Po powrocie do portu pożegnaliśmy się ze wszystkimi, po czym udaliśmy się ponownie na Stare Miasto. Chcieliśmy choć przez chwilę raz jeszcze wtopić się w jego unikalny klimat oraz rozejrzeć za pamiątkami, które przypominałyby nam o tym miejscu po powrocie. Spacerując wąskimi uliczkami, cieszyliśmy się ostatnimi chwilami w Kotorze, wiedząc, że to najdalszy punkt naszej trasy – od jutra zaczynamy drogę powrotną, która wciąż kryje w zanadrzu fascynujące miejsca. 
Wieczór upłynął nam na celebrowaniu tego dnia. Jedliśmy kolację i delektowaliśmy się miejscowym winem we wspaniałej restauracji Mediterranean Nights. Z jej tarasu rozciągał się niesamowity widok na uśpioną już zatokę, nad którą górowały rozświetlone mury obronne. Był to idealny moment na wyciszenie emocji przed jutrzejszą trasą.



















    Ekscytacja czekającymi nas przygodami nie pozwoliła nam długo wylegiwać się w łóżkach. Zaraz po śniadaniu spakowaliśmy graty na motocykl i po pokonaniu stromego podjazdu ruszyliśmy wzdłuż nabrzeża w stronę kotorskich serpentyn. Dzięki wczesnej godzinie droga była niemal pusta, więc mogliśmy w pełni docenić każdy pokonywany zakręt. Trasa P1 to kultowy motocyklowy 'Święty Graal', łączący Kotor z Cetynią przez pasmo gór Lovćen. Na odcinku zaledwie 20 km droga pnie się stromo w górę, osiągając wysokość blisko 900 m n.p.m. Słynie z 25 ponumerowanych, niezwykle wąskich serpentyn (tzw. Kotor Serpentine) oraz licznych punktów widokowych, z których roztacza się spektakularna panorama na całą Zatokę Kotorską. Im wyżej się wspinaliśmy, tym bardziej zdumiewająca stawała się perspektywa. Widziane jeszcze przed chwilą w porcie sporej wielkości jednostki, w tym potężny wycieczkowiec, teraz wyglądały niczym zabaweczki na tle błękitnego lustra Boki Kotorskiej. Zatrzymaliśmy się na jednym z punktów widokowych, by przez chwilę chłonąć otaczającą nas przestrzeń. Po chwili obok zaparkował samochód osobowy – jego kierowca, podobnie jak my, nie potrafił przejechać obojętnie obok tego pejzażu. Sam zaproponował, że zrobi nam wspólne zdjęcie. Chciałem się zrewanżować tym samym, ale odmówił z uśmiechem, tłumacząc, że mieszka w okolicy i tę panoramę podziwia codziennie. Na pożegnanie ostrzegł nas przed miejscowymi kierowcami, którzy potrafią w brawurowy sposób pokonywać tutejsze ciasne agrafki. Na szczęście ruch był tego ranka znikomy, więc nie spotkaliśmy żadnego 'lokalnego pirata' zdzierającego opony na tych serpentynach. Choć nad zatoką czekały na nas jeszcze wyżej położone punkty widokowe, w tym słynne mauzoleum, nie braliśmy ich tym razem pod uwagę w naszym planie. Zamiast piąć się dalej w górę Lovćen, obraliśmy kurs na Monastyr Ostrog. Czarnogóra ma tak wiele do zaoferowania, że wybór kolejnego celu zawsze wiąże się z jakimś kompromisem, a my byliśmy spragnieni widoku świątyni wykutej w skale, o której dowiedzieliśmy się kilka dni temu od Pawła – motocyklisty poznanego na granicy chorwacko-czarnogórskiej. Unikaliśmy głównych dróg, dzięki czemu mogliśmy poznawać ten kraj 'od kuchni', prosto z motocyklowego siodełka. W jednym z mijanych miasteczek zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek. Podczas stawiania motocykla popełniłem błąd – albo zbyt słabo wysunąłem stopkę, albo lekki pochył terenu w połączeniu z brakiem wbitego biegu zrobił swoje. Fakt jest taki, że maszyna nagle zaczęła lecieć na moją stronę. Instynktownie ją złapałem, ratując przed upadkiem, ale przy tym potężnym szarpnięciu boleśnie nadwyrężyłem prawą rękę. Przez głowę przemknęła mi czarna myśl, że to może być koniec naszej wyprawy. Jednak zaciskając zęby z bólu, chwyciłem kierownicę i uśmiechnąłem się do Uli. Zapewniłem ją, że nic poważnego się nie stało i dam radę jechać dalej. Jednak mimo robienia dobrej miny do złej gry, ból nie dawał o sobie zapomnieć. Przy pierwszej okazji zatrzymaliśmy się pod apteką, gdzie zaopatrzyłem się w maść na urazy mięśni. Od razu solidnie nasmarowałem nadwyrężoną rękę, licząc na to, że chłodząca ulga pozwoli mi bezpiecznie kontynuować podróż. Cudu nie było – ból wcale nie minął, za to od tej pory przynajmniej intensywnie śmierdziałem kamforą. Zbliżając się do celu, dostrzegliśmy go już z oddali. Surowa, pionowa ściana skalna, a na jej tle wyraźnie odcinający się, niemal nierealny klasztor. Robiło to piorunujące wrażenie. Im bliżej byliśmy, tym trudniej było uwierzyć, że człowiek zdołał wznieść taką budowlę w tak niedostępnym miejscu. Dojazd do tej świątyni prowadzi przez kolejne serpentyny, niestety tutaj ruch był już trochę większy niż w Kotorze. Mimo wszystko dość sprawnie dojechaliśmy do miejsca, w którym drogę zagrodził nam szlaban i dwóch strażników. Kiwnęli tylko, że nie wpuszczą nas bezpośrednio na górny parking i mamy jechać dalej prosto. Niefortunne połączenie sporego nachylenia terenu i mojego wcześniejszego urazu sprawiło, że przy próbie ruszenia nie utrzymałem ciężaru maszyny – tym razem grawitacja ostatecznie mnie pokonała. Szybko jednak poderwaliśmy się z asfaltu. Widząc wpatrujących się w nas z dystansem strażników, zawołałem, żeby ruszyli nam z pomocą. Z lekkim ociąganiem podeszli i pomogli postawić motocykl do pionu. Gdy tylko poczułem grunt pod kołami, podjechałem kawałek na bardziej płaski teren i rzuciłem do Uli: 'Wsiadaj szybko, nie mamy całego dnia na obijanie się!'. Trzeba było przecież w końcu zobaczyć ten klasztor. Bez chwili wahania wskoczyła na tylną kanapę i z czułością poklepała mnie po ramieniu, jakby chciała powiedzieć: 'Spokojnie, nic się nie stało, jedziemy dalej'. Przez te wszystkie nasze wyprawy stała się naprawdę twarda. Mimo niedogodności, które czasem funduje nam droga, potrafi w takich sytuacjach – mimo własnego bólu po upadku – po prostu wstać, zacisnąć zęby i działać dalej. Taka partnerka na motocyklu to największe wsparcie, jakie można sobie wymarzyć. Zaparkowaliśmy w cieniu drzew i ruszyliśmy kamienistą ścieżką, która wiła się stromo pod górę. Wyślizgane stopnie schodów były niemym świadectwem rzeszy pielgrzymów, którzy przez wieki przemierzali tę samą drogę przed nami. W tamtej chwili, mimo motocyklowych ubrań i zmęczenia, mogliśmy poczuć się jak prawdziwi pątnicy, którzy wbrew przeciwnościom losu w końcu dotarli do tego świętego miejsca. Monastyr Ostrog to najważniejsze miejsce sakralne w Czarnogórze. Ten XVII-wieczny klasztor jest prawdziwym majstersztykiem architektury. Wtopiony w surowe skały masywu Ostroška Greda, kontrastuje jasną barwą fasady z pionową ścianą góry, w której zostały wydrążone poszczególne kaplice. Z tarasów monastyru roztacza się kojąca panorama na całą okolicę, co tylko potęguje wrażenie mistycyzmu i odizolowania tego miejsca od zgiełku świata. Wewnątrz panował spokój tak charakterystyczny dla budynków sakralnych, niezależnie od wyznania. Ludzie szukają w religii własnej duchowości, odpowiedzi na egzystencjalne pytania czy zrozumienia, a w takich miejscach jak świątynie, po prostu łatwiej im to odnaleźć. W chłodnych, skalnych kaplicach Ostrogu czas zdawał się płynąć wolniej, pozwalając nam na chwilę refleksji i wyciszenia po dzisiejszych emocjach. Schodząc do motocykla czułem w sobie pewność, że pomimo urazu damy radę bezpiecznie dokończyć naszą podróż. Chwilę później znów przemierzaliśmy kręte, czarnogórskie drogi, zmierzając do naszej dzisiejszej destynacji. Planowaliśmy dotrzeć w okolice Durmitoru jeszcze wieczorem, by z samego rana, bez korków i pośpiechu, wjechać w góry i cieszyć się widokami. Trasa wciąż potrafiła zaskoczyć – w pewnym momencie, wychodząc z zakrętu, musiałem gwałtownie skorygować tor jazdy. Środkiem asfaltu, zupełnie niezrażony ruchem, maszerował... żółw. Na szczęście refleks mnie nie zawiódł i bez problemu udało mi się go ominąć.„By nieco ostudzić emocje, zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji. Tradycyjnie zamówiliśmy kawę i baklawę, by uzupełnić zapasy energii przed ostatnim odcinkiem drogi. Odnieśliśmy wrażenie, że obsługi jest tam więcej niż gości – nasze skromne zamówienie ogarniało kilku kelnerów, którzy zresztą byli niezwykle uprzejmi. Ta krótka chwila wytchnienia przy słodkim deserze pozwoliła nam na nowo poczuć spokój, jaki odnaleźliśmy w monastyrze. Jego wizerunek towarzyszył nam zresztą cały czas, spoglądając z niemal każdej pamiątki w sklepie, który leniwie obserwowaliśmy z restauracyjnego tarasu. To był idealny moment, by nacieszyć się chwilą, zanim ruszymy dalej w stronę wysokich szczytów. Przed samym Plużine trafiliśmy na kolejny poważny test dla moich umiejętności i nadwyrężonej ręki. Na odcinku kilkudziesięciu kilometrów trwał remont drogi. Zerwana nawierzchnia i różnej wielkości kamienie na szutrowej trasie sprawiły, że nasza prędkość spadła do 20 km/h. Skupienie przy wybieraniu właściwego toru jazdy pomiędzy skruszonymi skałami sięgało stu procent. Każdy metr wymagał precyzji, a każdy większy kamień pod kołami boleśnie przypominał mi o kontuzji. Na szczęście bez kolejnych przygód pokonaliśmy ten trudny odcinek i wjechaliśmy w kanion rzeki Piva. Gdy tylko zobaczyliśmy tę niesamowitą panoramę i turkusową, niemal nierealną wodę, natychmiast zapomnieliśmy o zmęczeniu i wszelkich niedogodnościach. Zafascynowani widokami, przejechaliśmy jeszcze kilka kilometrów wzdłuż kanionu, chłonąc krajobraz, który wynagrodził nam każdy przebyty w trudzie kilometr. Po chwili zawróciliśmy, aby ogarnąć bardziej przyziemne tematy, takie jak nocleg i obiad. Nawigacja nie była zbyt pomocna przy wyszukiwaniu adresu – w Plužine technologia wyraźnie przegrywała z lokalną topografią. Postanowiliśmy zapytać w osiedlowym sklepie, ale mimo ogromnych chęci i zaangażowania kilku osób, nadal niczego się nie dowiedzieliśmy. Każdy starał się pomóc, każdy wskazywał inny kierunek, a my wciąż byliśmy w punkcie wyjścia, czując na sobie zmęczenie całego dnia. Podziękowałem i raz jeszcze podjąłem próbę odnalezienia kwatery na własną rękę. Po kilku minutach krążenia udało się namierzyć właściwy budynek. Na miejscu okazało się, że to nie hotel, lecz pokój na wynajem, wydzielony z części budynku wielorodzinnego. Miał jednak osobne wejście i własną toaletę, co w tamtym momencie – po całym dniu zmagań – było dla nas wystarczającym luksusem. Gospodarzem okazał się Dragan – starszy mężczyzna, który od pierwszej chwili ujął nas swoją gościnnością i autentyczną troską o nasze samopoczucie. Zaraz po przywitaniu zaproponował kawę i herbatę. Nie minęło kilka minut, a pojawił się ponownie, niosąc nie tylko zamówioną kawę, ale także domowe ciasto i zimną lemoniadę. Po trudach drogi takie serdeczne przyjęcie sprawiło, że poczuliśmy się u niego jak w rodzinie. Gdy piliśmy kawę i zajadaliśmy się ciastem, Dragan dosiadł się do nas. Pomimo barier językowych próbowaliśmy rozmawiać – trochę po angielsku, trochę na migi, wspierając się słowiańskim podobieństwem naszych języków. I jakoś daliśmy radę. W tej prostej wymianie zdań i gestów była niesamowita autentyczność, która pozwala zbliżyć do siebie ludzi, nawet jeśli pochodzą z zupełnie różnych światów. To właśnie te chwile sprawiają, że trudy podróży nabierają głębszego sensu, a obcy człowiek w kilka minut staje się nam bliski. Obiad zjedliśmy w Restauracji Piva, która oferowała dania typowe dla bałkańskich terenów górskich – prawdziwą mięsną ucztę złożoną z jagnięciny i koziny. To proste, sycące jedzenie było ciekawym doświadczeniem, choć muszę przyznać, że potrawy serwowane nad morzem zdecydowanie bardziej odpowiadają naszym podniebieniom. Niemniej jednak, taka dawka kalorii była niezbędna, by zregenerować siły przed dalszą drogą. Po powrocie do pokoju porozmawialiśmy jeszcze chwilę z Draganem i umówiliśmy się, że rano, około godziny siódmej, przyniesie nam śniadanie. Dragan na początku oponował: – Radosław, na ósmą! Ja ze śmiechem odpowiadałem: – Nie, Dragan, na siódmą! W końcu jednak odpuściłem, uznając, że po takich przeżyciach faktycznie przyda nam się dłuższy odpoczynek: – Dobra, Dragan, niech będzie ósma. Jakież było nasze zdziwienie, gdy punktualnie o siódmej rano usłyszeliśmy pukanie do drzwi, w których stanął uśmiechnięty gospodarz z naszym posiłkiem. 




















     Ranek przywitał nas chłodem, którego nie czuliśmy chyba od wyjazdu z Polski. Nad górami unosiły się gęste chmury, które nieco mnie zaniepokoiły. Po wczorajszych perypetiach najmniej potrzebowaliśmy deszczu w wysokich partiach gór; poza tym byłoby mi ogromnie żal widoków, po które tutaj przyjechaliśmy. Jedząc śniadanie, spytałem siedzącego z nami Dragana, czy moje obawy są uzasadnione. Odpowiedział z pełnym spokojem, że te chmury zaraz odejdą i czeka nas piękna pogoda. Trzeba przyznać, że znał się na rzeczy – chwilę później wypogodziło się zupełnie. Pożegnaliśmy się więc z przemiłym gospodarzem i ruszyliśmy na słynną drogę P14, która przecina pasmo Durmitoru. Tuż po zjeździe z trasy wiodącej wzdłuż Kanionu Rzeki Piva, wjechaliśmy w tunele wydrążone prosto w skałach. Początkowy odcinek to niesamowity rytm: na przemian ciemne jaskinie i otwarta nasłoneczniona przestrzeń, a wszystko to poprzecinane ostrymi zakrętami. Oślepiony słońcem, wjeżdżałem prosto do nieoświetlonego tunelu, przez co w pierwszej chwili trudno było dostrzec drogę w bladym świetle motocyklowej lampy. Nie chodziło nawet o obawę przed kamieniami na asfalcie, ale o samą trudność w dostrzeżeniu kierunku, w którym mamy jechać dalej. Droga na bardzo krótkim dystansie wyniosła nas o kilkaset metrów wyżej. Mijane co chwila punkty widokowe ukazywały wspaniałą panoramę na kanion, który z każdą minutą zostawał coraz dalej w dole. W pewnym momencie droga zaczęła jednak oddalać się od krawędzi – ekscytujące widoki na przepaść zniknęły, a rozpoczął się mniej widowiskowy odcinek wiodący przez gęsty, lesisty teren. Skończyły się również ostre zakręty i strome podjazdy, dzięki czemu mogłem nieco odsapnąć przed czekającym nas kolejnym etapem drogi. Mimo spokojniejszego tempa, wczorajsza kontuzja skutecznie studziła moją ekscytację z jazdy – ból był obecny przy każdym ruchu, nie pozwalając o sobie zapomnieć nawet na chwilę. W końcu las przerzedził się i nagle przed nami ukazała się ogromna, otwarta przestrzeń. W tle wyłoniło się majestatyczne pasmo górskie – surowe, skaliste szczyty, do których właśnie zmierzaliśmy. Po zamkniętym, leśnym odcinku ten widok uderzył ze zdwojoną siłą, dając jasno do zrozumienia, że właśnie wjeżdżamy w samo serce Durmitoru. Wąska nitka asfaltu mocno kontrastowała z otaczającym nas bezkresem. Stawała się coraz bardziej kręta i mijając kolejne wzniesienia, prowadziła nas nieubłaganie w stronę upragnionych szczytów. Imponujący widok, który sięgał po horyzont zapierał dech w piersiach. W pewnym momencie chyba przestałem nawet czuć ból. Stałem się jednością z maszyną i otaczającym nas pięknem krajobrazu. Oprócz nas nie było nikogo, kto mógłby zakłócić tę chwilę. Jednak za kolejnym zakrętem rzeczywistość szybko o sobie przypomniała – musieliśmy się zatrzymać, ponieważ drogę tarasowało stado krów. Podjechałem na bezpieczną odległość i próbowałem zarówno groźbą, jak i prośbą skłonić je do ustąpienia nam przejazdu. Trochę to jednak trwało, zanim 'mućki' zrozumiały, o co mi chodzi, i z wyraźnym ociąganiem zrobiły nam miejsce, byśmy mogli je w końcu minąć. Kilka kilometrów dalej trafiliśmy na kolejne utrudnienie – drogą szło spore stado owiec. Te jednak okazały się znacznie bardziej kulturalne i bez potrzeby używania jakichkolwiek argumentów, sprawnie utworzyły korytarz do przejazdu. Krajobraz wokół nas stawał się coraz bardziej surowy, niemal księżycowy. Pomijając płaty trawy, otaczały nas jedynie gołe skały, potężne góry i głębokie, rozległe doliny, które zdawały się nie mieć końca. Tak dojechaliśmy do punktu widokowego na szczyt Prutaš (2393 m n.p.m.), gdzie ustawiono charakterystyczną konstrukcję przypominającą ramkę do zdjęć. Postanowiliśmy uwiecznić to miejsce na fotografii. Spotkaliśmy tam grupę turystów pozujących do zdjęć; zaproponowałem, że zrobię im wspólne ujęcie. Z radością podziękowali, po czym z uśmiechem odwzajemnili się tym samym. Kilka kilometrów dalej stała kolejna konstrukcja, ustawiona w taki sposób, by w jej świetle idealnie prezentował się nasz kolejny cel – Przełęcz Sedlo (1907 m n.p.m.). To najwyżej położona przełęcz drogowa w Czarnogórze i główny punkt startowy szlaku na Bobotov Kuk (2523 m n.p.m.), najwyższy szczyt Durmitoru. Ramka stanowi naturalne obramowanie dla charakterystycznego „Siodła” (stąd nazwa przełęczy – Sedlo), tworząc gotową kompozycję do zdjęcia. W tym miejscu poczuliśmy już wyraźny powrót do cywilizacji; na parkingu stało sporo aut, a pracownik parku narodowego pobierał opłaty za wstęp na teren chroniony. Zatrzymaliśmy się na chwilę na przełęczy, by w spokoju doświadczyć otaczającego nas górskiego majestatu. Wysokie szczyty były co rusz przesłaniane przez chmury, które z naszej perspektywy wydawały się być na wyciągnięcie ręki. Robiło to niesamowite wrażenie – czuliśmy, że jesteśmy niemal na ich wysokości. Ruszyliśmy w dalszą drogę, która od tej pory prowadziła już w dół, w stronę Žabljaka. Trasa nie przestawała nas zachwycać – nadal wiła się krętymi serpentynami, prezentując majestat pasma Durmitoru i otaczający nas alpejski krajobraz. Surowy, górski masyw powoli zaczął ustępować miejsca łagodniejszym, zielonym halom, a w motocyklowym lusterku skaliste wierchy stawały się z każdą chwilą coraz mniejsze. W serduchu nadal czułem radość i jednocześnie dumę, że mimo kontuzji udało mi się pokonać ten wymagający, kręty odcinek. Z żalem opuszczaliśmy tę magiczną krainę, ale chcieliśmy pokonać jeszcze kawałek drogi w stronę domu – wciąż niepokoiłem się, czy z moim urazem dam radę kontynuować dalszą podróż. Miałem nadzieję, że odwiedzimy jeszcze Park Narodowy Tara, jednak widząc na mapie, jak kręta trasa wiedzie przez te tereny, stwierdziłem, że tym razem odpuszczę. Postanowiłem skupić się na bezpiecznym powrocie; w końcu mieliśmy do pokonania jeszcze prawie 1500 kilometrów. Najbardziej żałowałem chyba słynnego mostu na rzece Tara, który spina brzegi najgłębszego kanionu w Europie – drugiego na świecie, zaraz po Wielkim Kanionie w USA. Byłem przekonany, że znajduje się on we wspomnianym Parku Narodowym w Serbii, więc jakież było moje zdziwienie, gdy nagle zza zakrętu wyłoniła się ta potężna, betonowa konstrukcja! Sądziłem, że po pokonaniu drogi P14 nic mnie już dzisiaj nie zachwyci, jednak to miejsce potrafi 'wysadzić z kapci' nawet najbardziej doświadczonych globtroterów. Widok był obłędny: ciągnące się po horyzont pasma górskie, porośnięte dzikimi, gęstymi lasami, a setki metrów w dole – wzburzona rzeka, która z tej perspektywy wyglądała jedynie jak skromny, błękitny potok. Po przejechaniu mostu zatrzymaliśmy się na parkingu. Tuż obok zaparkowała ekipa motocyklistów z Polski, z którymi spędziliśmy dłuższą chwilę, wymieniając się opowieściami o dotychczasowych wojażach i planach na dalszą eksplorację Bałkanów. Następnie weszliśmy na most, by z ogromnej wysokości zajrzeć w głąb wąwozu. W pewnym momencie zauważyłem parę machającą do nas z nadjeżdżającego motocykla. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że to Magda i Paweł, których kilka dni wcześniej żegnaliśmy pod Kotorem! To było całkowicie spontaniczne i niespodziewane ponowne spotkanie. Zaparkowali tuż obok naszej maszyny. Z ogromną radością, a jednocześnie w całkowitym niedowierzaniu, rzuciliśmy się sobie w objęcia. To nieprawdopodobne, że pośród tylu krętych dróg i setek kilometrów, nasze ścieżki przecięły się ponownie w tak spektakularnym miejscu. Niezwykle miło było znów chwilę pogadać, jednak niepokojące prognozy zapowiadające nagłą zmianę pogody – co w wysokich górach bywa szczególnie niebezpieczne – zmusiły nas do pożegnania i wyruszenia w dalszą drogę. Gęstniejące nad szczytami chmury nie pozostawiały wątpliwości, że czas uciekać przed nadchodzącym deszczem. Granica z Serbią była niemal pusta, więc odprawa przebiegła bardzo sprawnie. Niestety, nasz pakiet danych nie obejmował już kolejnego kraju, dlatego przy najbliższej okazji zjechaliśmy na stację paliw, by zaopatrzyć się w lokalną kartę SIM. Poprosiłem o pomoc w jej aktywacji, ale pani z obsługi jedynie podsunęła mi instrukcję po serbsku i angielsku, nie wykazując najmniejszej chęci współpracy. Pomyślałem: 'Trudno, jakoś dam radę'. Szybko jednak okazało się, że aby zainstalować kartę do internetu... potrzebny jest internet. Poprosiłem więc pracownika stacji o hasło do Wi-Fi. Sieć była jednak fatalna – dwie kreski zasięgu łapałem tylko stojąc w pełnym słońcu przy samym budynku; w cieniu, gdzie odpoczywała Ula, sygnał znikał niemal całkowicie. Przez zrywające się połączenie weryfikacja danych trwała wieczność – spędziliśmy tam blisko półtorej godziny. Gdy ja walczyłem z technologią, na stację podjechał serbski motocyklista. Po zatankowaniu i opłaceniu paliwa skierował się prosto do nas. Przybił 'piątkę', zapytał, skąd jesteśmy, a na odchodnym – ku naszemu zaskoczeniu – wręczył Uli tabliczkę czekolady. Taki drobny gest ze strony 'lokalsa' to prawdziwe świadectwo serdeczności ludzi zamieszkujących te strony. Pokazał nam, że mimo barier językowych czy technologicznych trudności, zawsze można liczyć na bezinteresowną życzliwość. Gdy kończyłem już walkę z internetem, dojechało małżeństwo z Polski i dzięki pomocy rodaków udało się dokończyć żmudny proces. Nasi nowi znajomi ze Śląska dopiero rozpoczynali swoją bałkańską przygodę, podczas gdy my powoli zbliżaliśmy się już do jej końca. Mimo dzielących nas kierunków, miło było wymienić się doświadczeniami i choć przez chwilę wspólnie porozmawiać o pasji do podróżowania. Jeszcze podczas rozmowy z rodakami zacząłem szybkie poszukiwania noclegu. Udało mi się znaleźć coś w miejscowości Zlatibor. Przystępna cena, ciekawie wyglądająca miejscówka oraz dystans, który byliśmy w stanie pokonać jeszcze tego dnia, sprawiły, że wybór ten wydał nam się idealną opcją.Pożegnaliśmy się z dopiero co poznanymi motocyklistami i ruszyliśmy w dalszą drogę. Na miejscu okazało się, że wybór Zlatiboru był strzałem w dziesiątkę. Nowy, dwupokojowy apartament u Alexandra był nowocześnie wyposażony, ale miał jeszcze jeden, kluczowy argument: mega wygodne łóżko. Po naszych ostatnich przygodach i walce z kontuzją, był to dla nas najważniejszy element wyposażenia. Gorący prysznic i zmiana ubrań dodały nam nowej energii, postanowiliśmy więc ruszyć w miasto, by coś zjeść i sprawdzić lokalne atrakcje. Restauracja 'Zlatibor' nie zachwyciła nas jednak swoją kuchnią – być może po pobycie na wybrzeżu staliśmy się zbyt wybredni, a może po prostu niefortunnie wybraliśmy dania. Najważniejsze, że głód został zaspokojony i mogliśmy udać się na wieczorną eksplorację miasteczka. Pierwsze wrażenie, jakie na nas wywarł Zlatibor, to gwarna, zadbana i typowo turystyczna aglomeracja, przypominająca nasz Karpacz lub Zakopane. Na każdym kroku powstają tu nowe budynki, przez co odnosi się wrażenie, że cała ta przestrzeń została stworzona całkiem niedawno. Zaciekawieni tym rozmachem, postanowiliśmy sprawdzić, co właściwie przyciąga w te strony tak liczne rzesze ludzi. Po obejściu miasteczka nie znaleźliśmy niczego, co na dłużej przykułoby naszą uwagę. Być może nadmiar wrażeń z ostatnich dni sprawił, że podświadomie szukaliśmy czegoś nadzwyczajnego, podczas gdy inni przyjeżdżają tu zapewne dla spokoju i przewidywalnego wypoczynku. Prawdopodobnie zimą okolica tętni jeszcze większym życiem za sprawą narciarzy, którzy mogą wyszaleć się na miejscowych stokach. Podczas spaceru dotarliśmy na wzgórze Šumatno brdo, na którego szczycie wznosi się dziesięciometrowy, biały obelisk. Upamiętnia on kilkuset partyzantów straconych przez wojska niemieckie jesienią 1941 roku. Rozciąga się stąd szeroka panorama na okolicę, jednak po majestacie Durmitoru i potędze Kanionu Tary, był to dla nas po prostu kolejny widok. Po zejściu do miasteczka chcieliśmy obejrzeć pokaz świateł, ale okazało się, że musielibyśmy uzbroić się w sporą dawkę cierpliwości i poczekać jeszcze długo na rozpoczęcie widowiska. Postanowiliśmy więc odpuścić i wrócić do kwatery, by odpocząć po dniu pełnym wrażeń i nabrać sił przed jutrzejszą trasą. 
























    Kolejny dzień upłynął nam pod znakiem tranzytu przez Serbię i część Węgier. Staraliśmy się
pokonać jak najdłuższy dystans, dbając jednocześnie, by zanadto nie nadwyrężyć kontuzjowanej ręki. Po przekroczeniu granicy zatrzymaliśmy się na stacji paliw, aby znaleźć nocleg na trasie. Wybór padł na miejscowość Soltvadkert – nie szukałem tam atrakcji, pasowała mi po prostu lokalizacja. Gdy dotarliśmy do 'Pingpong Apartman', na miejscu nikogo nie zastaliśmy. Napisałem wiadomość, że jesteśmy pod bramą i czekam na instrukcje. Po chwili otrzymałem odpowiedź: nikt nie podjedzie, ale klucze są schowane za jedną z plansz – muszę je tylko znaleźć. Rozpoczęła się zabawa w poszukiwanie skarbu. Po kilku minutach bezowocnych starań poddałem się i poprosiłem o pomoc, na co pani odpowiedziała, że zaraz podjedzie. Jednak los bywa przewrotny – czekając na jej przybycie, w końcu sam namierzyłem upragniony klucz. Wychodząc z terenu apartamentu, zauważyliśmy naprzeciwko mały sklepik i zaplanowaliśmy, że po obiedzie zrobimy tam zakupy na jutrzejsze śniadanie. Sam posiłek zjedliśmy w pobliskiej restauracji Venyige Étterem, która ugościła nas bardzo smaczną, tradycyjną węgierską kuchnią. Niestety, gdy po obfitym obiedzie wróciliśmy pod upatrzony wcześniej sklep, był on już zamknięty. Postanowiłem więc sprawdzić, co jeszcze oferuje ta okolica. Jak na tak niewielką miejscowość, Soltvadkert mile nas zaskoczyło – mogliśmy odwiedzić tam muzeum motocykli oraz miejscową winnicę. Niestety, oba te przybytki były już o tej porze zamknięte dla zwiedzających. Obeszliśmy jedynie centrum, które swoim klimatem i architekturą przypomina niewielkie miejscowości w Wielkopolsce, po czym wróciliśmy do pokoju. Po dniu spędzonym w trasie i wieczornym spacerze, przyszedł czas na zasłużony odpoczynek. Leżąc w łóżku, zastanawialiśmy się, czy wracać do Zielonej Góry 'na jeden strzał', czy może nie forsować tempa i rozłożyć powrót na dwa dni. Postanowiliśmy, że decyzję podejmiemy w drodze. Jednak napotkane po trasie korki skutecznie odebrały nam ochotę na tak długą podróż, dlatego znaleźliśmy nocleg w miejscowości Moravská Třebová. Wybór padł na Guest House Sherpa i – sądząc po fotografiach na ścianach oraz chorągiewkach wotywnych pod dachem – właściciel musiał mieć potężną pasję do Himalajów. Obiad w restauracji Třebová, to kwintesencja czeskiej kuchni, za którą przepadamy. Tradycyjne knedliki z ciemnym sosem i kapustą zasmażaną podlane czeskim piwem to przecież creme de La creme wycieczek do tego kraju. Po posiłku obeszliśmy jeszcze stare miasto i zamek. Patrzyliśmy na otaczające nas budynki, ale każde z nas myślami było już zupełnie gdzie indziej – rozdarci między ostatnimi chwilami urlopu, wspomnieniami przebytych kilometrów a nadchodzącym powrotem do domu i codzienności. Pobyt na chorwackiej Istrii wydawał się teraz tak odległy, jakby minęło od niego co najmniej kilka miesięcy. Jeszcze przed chwilą pokonywaliśmy Kotorskie Serpentyny i magiczną drogę przez Durmitor, a teraz spacerowaliśmy uliczkami czeskiego miasteczka ze świadomością, że nasza przygoda właśnie dobiega końca. Pozostał ostatni odcinek, który na przestrzeni pokonanych kilometrów był jedynie małym fragmentem większej układanki. Mijając granicę poczułem się już prawie jak w domu. Pozostał ostatni odcinek, który w porównaniu do tysięcy pokonanych kilometrów był jedynie małym fragmentem większej układanki. Przed nami było ostatnie dwieście kilometrów drogą S3, by po przejechaniu blisko 4 tysięcy kilometrów ponownie wjechać do własnego garażu.Tradycyjnie przybiliśmy piątkę i pocałowaliśmy się, wiedząc, że pewien etap właśnie się skończył. Myśli, które błądziły w zakamarkach umysłu, wciąż wracały do przeżyć ostatnich dwóch tygodni, a miejsca, które udało nam się zobaczyć, na stałe wryły się w naszą pamięć. Byłem niezwykle dumny z Uli. Mimo ogromnego zmęczenia trudami trasy i wcześniejszego upadku, przez cały czas była dla mnie nieocenionym wsparciem. Czułem, że nasz 25-letni staż małżeński został przez te wspólne przeżycia jeszcze bardziej wzmocniony. Towarzyszyła mi też ogromna radość, że mimo mojej kontuzji, udało nam się bez większych problemów i na dwóch kołach bezpiecznie wrócić do domu.











Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI CZĘŚĆ 2

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI