WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI

 



    Półwysep Bałkański zwany potocznie Bałkanami jest często wybieranym kierunkiem wycieczek motocyklowych. Kraje tego regionu łączy ze sobą nie tylko położenie geograficzne, ale również przeplatające się w nich wątki historyczno-religijne. W architekturze oraz kulturze każdego z nich widać m.in wpływ Cesarstwa Bizantyjskiego oraz Imperium Osmańskiego. Jednocześnie sytuacja ekonomiczna czy podejście do religii w poszczególnych krajach znacznie się różni. Ta spójność, a jednocześnie odrębność budzi ciekawość i chęć jej zaspokojenia. Czytając książki, oglądając filmiki na YouTube czy rozmawiając z przyjaciółmi, którzy odwiedzili już Bałkany moja fascynacja tym regionem Europy urosła na tyle, że postanowiłem go odwiedzić. W sezonie jesienno-zimowym wyszukiwałem filmy w internecie, mogące pomóc mi w przygotowaniu trasy. Dzięki cennym radom, które tam znalazłem udało mi się sporządzić listę miejsc, które ułożyły się w sensowną trasę. Nasz sposób podróżowania pozostawia wiele miejsca na spontaniczność więc taka lista była dla nas wystarczającym planem podróży. Jadąc w dwie osoby (do tego w czerwcu) nie trzeba martwić się o miejsca noclegowe, dlatego też podróż na pełnym spontanie nie wymaga rezerwacji miejsc noclegowych. Mimo wszystko postanowiłem również spakować sprzęt campingowy - zawsze to  dodatkowa opcja noclegu. Kilka tygodni przed wyjazdem sprawy prywatne przesłoniły naszą wyprawę i właściwie odpuściliśmy tegoroczny wypad. Na szczęście poukładaliśmy wszystko i praktycznie dzień przed planowanym terminem stwierdziliśmy, że wracamy do gry. Wieczorem spakowaliśmy motocykl,  by rankiem wyruszyć na południe. Szybko pokonaliśmy początkowe kilometry drogi S3. Podczas tankowania w Lubawce sprawdziłem prognozę pogody, ponieważ zaniepokoiły mnie zbierające się czarne chmury. Wieści nie były zbyt optymistyczne więc zapobiegawczo założyliśmy przeciwdeszczówki. Tuż po przekroczeniu granicy zaczął padać deszcz, który z przerwami towarzyszył nam przez kolejne dwa dni do granicy z Chorwacją. W tej nieprzyjemnej aurze bazując na nawigacji pomyliłem drogę i trasa do pierwszego noclegu w Wiedniu niestety trochę się przeciągnęła. Remonty dróg w Czechach nie pokrywały się z danymi wczytanym do Garmina i ten usilnie próbował nas poprowadzić w kierunku, który uznał za stosowny. Po tym jak znaleźliśmy się drugi raz w tym samym miejscu zjechałem na pobocze i przykrywając dłonią komórkę przed deszczem zweryfikowałem trasę z Google Maps. Nie chcąc zamoczyć telefonu musiałem bazować na informacjach, które zapamiętałem przez chwilę obserwując ekran smartfonu w strugach deszczu oraz gubiącej się nawigacji. Droga którą w ten sposób obrałem nie była zbyt oczywista. Znajdowała się gdzieś na końcu listy tras, które świadomie wybrałby podróżnik chcący tranzytem dostać się do Chorwacji. Były to często odcinki łączące wioski i przeznaczone bardziej dla traktorów lub innego sprzętu rolniczego. Na szczęście Tiger dawał sobie świetnie radę na tych ścieżkach, ale nasza prędkość znacznie odbiegała od autostradowej. Pomagały niezawodne znaki drogowe, które jednak nie pokazywały destynacji naszej dzisiejszej podróży, ale jedynie kolejne miejscowości, które wg. mapy miały nas tam zaprowadzić. Trasa ok 500 km zajęła nam ok. 8 godzin więc prędkość przelotowa nie powalała. Na pocieszenie - bardziej poznaliśmy rolnicze regiony Czech, które pewnie nigdy byśmy nie odwiedzili. Do Wiednia dotarliśmy ok. 16. Nocleg znalazłem dzień wcześniej w dzielnicy Favoriten niedaleko stacji metra Oberlaa w pensjonacie E&C Pension Rooms. Warunki takie sobie, ale jak na Wiedeń cena była bardzo przestępna, poza tym lokalizacja jest bardzo dobra. Bliskość stacji metra, parking oraz położenie w pobliżu autostrady, którą mieliśmy w kolejnym dniu udać się w dalszą podróż, sprawiły, że miejsce mimo kilku wad jest naszym zdaniem godne polecenia. Zrzuciliśmy mokre przeciwdeszczówki, które na szczęście ochroniły nas przed zamoczeniem ubrań motocyklowych i włożywszy suche i wygodne ubrania ruszyliśmy na podbój Wiednia. Na szczęście przestało padać więc obyło się bez lawirowania pomiędzy kroplami deszczu. Stolica Austrii jest miastem, które można by zwiedzać tygodniami. My postanowiliśmy skrócić ten czas do kilku godzin. Bazując na wszelkich dostępnych środkach informacji wybraliśmy parę ciekawych miejsc, które w tak krótkim czasie moglibyśmy odwiedzić. Kilka przystanków metra i znaleźliśmy się w centrum w pobliżu Katedry św. Szczepana na Stephanplatz. Z racji późnej godziny musieliśmy zrezygnować z wizyty w wiedeńskich muzeach i zaspokoić naszą ciekawość jedynie podziwiając architekturę budynków, które stolica Austrii ma w obfitości. Tego dnia w Wiedniu odbywał się mecz eliminacyjny Mistrzostw Świata w piłce nożnej pomiędzy Austrią i Rumunią, więc miasto obstawione było przez policję, która eskortowała rozentuzjazmowany tłum kibiców gości. Pomimo przegranego meczu na twarzach było widać radość z możliwości uczestnictwa w tym wydarzeniu. Pięknie udekorowani w barwy narodowe kibice Rumunii szli w stronę metra przy śpiewie kibicowskich piosenek. Być może była to Rumuńska wersja naszej piosenki, którą od lat śpiewamy po meczach naszej reprezentacji "nic się nie stało...". Idąc przez centrum Wiednia byliśmy pod wrażeniem przepychu budynków, które mijaliśmy. Budynek Opery Wiedeńskiej, kompleks pałacowy Hofburg, masę przepięknych kamienic mieszczących galerie sztuki, kawiarnie, restauracje czy butiki znanych projektantów. Z racji przepełnionych restauracji i małej ilości czasu na obiad wybraliśmy się do znanej budki z kiełbaskami Bitzinger. Wienerwurst, Currywurst, Grillwurst to tylko niektóre z serwowanych tu kiełbasianych smakołyków. Fakt nie jadłem wcześniej tak przygotowanej kiełbasy, ale zachwytu nie było. Szkoda, że nie starczyło czasu na Wiener Schnitzel lub chociaż sernik lub inny smakołyk znany z tego regionu. Miasto ma swój klimat, który podczas tego krótkiego spaceru poczuliśmy i niewątpliwie mamy zamiar podczas kolejnej wizyty bardziej go zgłębić.









    Rankiem intensywnie padało.  Szybko zjedliśmy śniadanie, zastanawiając się czy może będzie jakaś luka pogodowa, która umożliwi nam przyjemną jazdę. Niestety prognozy były nieubłagane. Pomimo ulewy, spakowaliśmy motocykl, w miarę możliwości kryjąc się pod pokrowcem, którym był przykryty całą noc. Chwilę później byliśmy już na autostradzie w kierunku Słowenii. Pusta droga, na której dwójka wariatów w rzęsistym deszczu jechała w stronę wymarzonych krajobrazów. Było chłodno więc włączyłem podgrzewanie kanapy i manetek. Po jakimś czasie musieliśmy zjechać, aby zatankować. Na stacji zamówiliśmy kawę. Przyjemnie było napić się ciepłego, aromatycznego napoju, który w tych okolicznościach smakował nieziemsko. Siedzieliśmy w namiotowej przybudówce restauracyjnej, przez którą co chwilę przechodziła kolejna osoba witając się z uśmiechem. Tego m.in. brakuje mi w naszym kraju. Na ulicach ciężko spotkać ludzi, którzy z uśmiechem pozdrawiają nieznajomych. Częściej widać zasępione, smutne twarze zaganianych przechodniów, których serdeczne pozdrowienie wprawia w konsternację. Zastanawiają się pewnie o co chodzi temu łysemu gościowi. Pewnie coś chce lub coś jest z nim nie tak :) Uogólniam tu oczywiście, ale moim zdaniem jako naród faktycznie możemy na pierwszy rzut oka sprawiać wrażenie, które odniósł Emilio Scotto podczas swojej "Najdłuższej podróży" - smutny kraj, szarych ludzi. Co prawda były to lata 80, ale w mentalności naszych obywateli chyba nie za wiele się zmieniło. Deszcz stracił na intensywności. Mogliśmy więc, korzystając z okienka pogodowego ruszyć w dalszą drogę. Na kolejną stację zjeżdżaliśmy już w innym celu. Zrobiło się pięknie i gorąco, musieliśmy zatrzymać się by ściągnąć z siebie ubrania przeciwdeszczowe. Po drodze zjechaliśmy do wioseczki o nazwie Vransko, w której znajduje się m.in. muzeum motocykli. Będąc w pobliżu warto je odwiedzić gdyż jest ta prawdziwa gratka dla miłośników motoryzacji. Kolekcja obejmuje ciekawe, zabytkowe pojazdy pamiętające czasy początków motoryzacji. Po zwiedzeniu ekspozycji wyruszyliśmy w dalszą drogę i po niecałej godzinie dojechaliśmy stolicy Słowenii. Wjeżdżając do Lublany było już bardzo ciepło. W końcu słońce zagościło na niebie przemieniając zgniłą aurę w prawdziwie letnią. Hostel Simbol Rooms, który wybraliśmy dzień wcześniej był dość specyficzny. Mieszkańcy o śniadej skórze głośno rozmawiali przy kawie. Wejście do hotelu przypominało trochę jakąś pralnię. Przy recepcji znajdowały się pralki i zwinięte kołdry. Pokój sąsiadujący z punktem przyjęć był otwarty i widać było kilka łóżek piętrowych. Zacząłem zastanawiać się co ja tak właściwie zamówiłem i czy motocykl będzie bezpieczny na parkingu przy ulicy. Stereotypy zawładnęły na chwilę moją wyobraźnią. Na szczęście pokój okazał się całkiem w porządku. Więc po szybkim prysznicu udaliśmy się na zwiedzanie starówki. Lublana odbiega swoim wyglądem od oglądanego dzień wcześniej Wiednia. Miasto liczy ok 300 tys. mieszkańców i ma bardzo kameralny charakter. Kilka przecznic z buta przez osiedle domków jednorodzinnych i byliśmy już w zabytkowym centrum. Na obiad wybraliśmy się do restauracji "Das ist Walter" jest to klimatyczna knajpka oferująca słoweńską kuchnię w pobliżu centrum. Zamówiliśmy rekomendowaną przez szefa kuchni Gurmanską Pleskavicę z sosami ajvar i kajmak oraz regionalne piwko. Duże i smaczne porcje pojawiły się na talerzach i muszę stwierdzić, że naprawdę ciężko było je zjeść. Kajmak nie przypomina znanej w Polsce słodkiej masy, jest to typowy dla Bałkanów, gęsty słony sos mleczny w konsystencji przypominający trochę masło lub śmietanę. Najedzeni pod korek wybraliśmy się na spacer po zabytkowym starym mieście. Miasto pulsuje życiem, ale w taki nienachalny sposób. Nie jest typową zatłoczoną metropolią, ani sennym miasteczkiem. To ośrodek kultury mający taką trochę sielską atmosferę. Idąc zabytkowymi uliczkami mijamy restauracje, w których gwar rozmów miesza się z muzyką. Po drodze zatrzymaliśmy się przy straganie z pamiątkami. Sprzedawca zagadnął nas skąd jesteśmy i chwilkę porozmawialiśmy o ostatnich wyborach prezydenckich w naszym kraju. Byliśmy zdziwieni jego znajomością polskich realiów. Ja szczerze powiem, że pod tym względem jestem ignorantem. Nie mam pojęcia kto rządzi w Słowenii, kto jest ich premierem czy prezydentem. Być może dlatego, że od dawna nie oglądam telewizji, a polityka w naszym kraju to drażliwy temat, który powoduje kłótnie w rodzinach i wśród przyjaciół. Może faktycznie przed przyjazdem do nieznanego kraju, trzeba choć chwilę poświęcić na zapoznanie się również z sytuacją polityczną danego państwa. Przechodząc obok jakiejś kamienicy weszliśmy z grupą turystów do środka. Znaleźliśmy się na niewielkim dziedzińcu przypominającym swoją budową zamkowe patio. Przewodniczka tłumaczyła znaczenie poszczególnych malowideł ściennych i nawiązywała do historii i symboliki fresków. Po wyjściu z kamienicy udaliśmy się na wzgórze zamkowe, górujące nad miastem. Wejście na dziedziniec oraz mury zamkowe jest bezpłatny. Zainteresowani głębszym poznaniem historii tego miejsca mogą skusić się na zakup biletów i obejrzeć płatne wystawy. Nam wystarczyło powierzchowne, ale wystarczające dla nas poznanie tej twierdzy. Z zamkowych murów rozciąga się niesamowity widok na okolicę i choćby dla niego warto wspiąć się na wzgórze zamkowe. Po strzeleniu kilku pamiątkowych fotek zeszliśmy wąskimi, krętymi ścieżkami wprost do serca starego miasta, które skoncentrowane jest nad rzeką Ljubljanicą. Usiedliśmy na chwilę przy pomniku poety narodowego France Prešerena znajdującego się przy potrójnym moście (Tromostovje) by wsłuchać się w tętno tego miasta. Turyści z różnych zakątków świata przewijali się przez plac pozując do pamiątkowych fotografii. Chwilę porozmawialiśmy z naszymi rodakami ze Śląska, którzy Lublanę potraktowali podobnie jak my jako przystanek w drodze pomiędzy Polską a Chorwacją. Z tą różnicą, że oni kończyli swój urlop, a my dopiero próbowaliśmy odnaleźć się w urlopowej rzeczywistości. Mam tu na myśli stan umysłu, który z codziennej domowej rutyny, zaganiania i problemów przestawia się na czerpanie pełnymi garściami z poznawanego świata. Nagle stają się ważne zupełnie inne, bardziej przyziemne sprawy jak np. pełny bak, ciekawa droga, znalezienie miejsca do spania czy fajnej restauracji z dobrym jedzeniem. Wyrwani z naszej codzienności jesteśmy w stanie zauważyć drugiego człowieka, zamienić z nim kilka zdań i docenić każdą mijającą chwilę. Uwielbiam ten czas, dzięki któremu, po przyjeździe długo jeszcze mam świeżość w moim postrzeganiu świata. W drodze powrotnej do hostelu zauważyłem jeszcze fajną knajpkę znajdującą się na platformie przymocowanej do nadbrzeża.Zajęliśmy ostatni wolny stolik, by z poziomu rzeki móc celebrować ten przyjemny wieczór. Przepływające stateczki wprawiały w ruch pomost, który wraz z pojawieniem się drobnych fal po przepłynięciu jednostki delikatnie nim kołysały. Do hostelu dotarliśmy wieczorem, by jeszcze przed snem spojrzeć na mapę i ustalić plan kolejnego dnia.






 

     



    Kolejny dzień rozpoczął się deszczem, tym razem była to delikatna mżawka. w tym rejonie cały dzień wg. prognozy pogody miał być mokry, więc zaraz po śniadaniu spakowaliśmy majdan i ruszyliśmy w trasę. Po opuszczeniu centrum wjechaliśmy na autostradę, by niemal od razu utknąć w korku. Masę ciężarówek i autobusów uniemożliwiało swobodnie wyminąć zator. Na szczęście zauważyłem zjazd na Lublanę więc niewiele myśląc przemknąłem między autami w tym kierunku. Chwilę później ponownie wbiłem w nawigację cel naszej podróży z pominięciem autostrad. Trasa stała się zdecydowanie przyjemniejsza. Do deszczu zdążyliśmy się przyzwyczaić, a boczne drogi sprawiają więcej frajdy z jazdy. Śmigając nimi można bardziej poznać kraj, w którym jesteśmy. Po ok. godzinnej przejażdżce dotarliśmy do twierdzy Predjamski Grad. Zamek ten robi niesamowite wrażenie, zbudowany jest pod ponad 100 metrową skałą zasłaniając swymi murami wejście do jaskini, która stała się częścią zamczyska. Rozległy system jaskiniowych korytarzy został dostosowany i wykorzystany na potrzeby twierdzy.  Zwiedzając wnętrza warowni można zauważyć inwencję twórczą budowniczych, którzy umiejętnie wtopili budowlę w skały. Miejscami można zwątpić czy zwiedzamy obiekt historyczny czy geologiczny. Będąc w Słowenii, moim zdaniem podczas planowania podróży, nie można pominąć tej specyficznej fortecy. Zwiedzanie zajęło nam więcej czasu niż zakładaliśmy, ale dzięki temu rozpogodziło się więc oświetleni nieśmiałymi promieniami słońca ruszyliśmy w dalszą drogę. Z każdym pokonywanym kilometrem robiło się cieplej, czuć było, że zbliżamy się do cieplejszych rejonów Europy. Podczas odpoczynku na postoju, Ula zaczęła się zastanawiać, czy za kilka dni nie zatęsknimy za deszczem. Staliśmy pod drzewami i korzystając z cienia odpoczywaliśmy chwilę. Zauważyliśmy niecodzienny widok, dziewczynka z ozdobą bożonarodzeniową spacerowała w asyście opiekuna po parkingu. Jak się okazało Emilka wraz z ojcem byli naszymi rodakami. Chwilę z nimi porozmawialiśmy i wyjaśniła się nietypowa jak na tą porę roku "zabawka" trzymana w rączkach. Wyjeżdżając z domu po prostu uparła się, że musi ją wziąć do Chorwacji nie pozostawiając swojemu tacie wyboru. Pożegnaliśmy się i po chwili byliśmy znów na szlaku. Na pograniczu Słoweńsko-Chorwackim trafiliśmy na utrudnienia w ruchu, które trochę nas  spowolniły więc postanowiliśmy odpuścić sobie pizzę w Trieście i udaliśmy się od razu w kierunku Puli. Nocleg znaleźliśmy w miejscowości Pješčana Uvala w pensjonacie Apartments Delas. Powitał nas bardzo sympatyczny gospodarz, który na dzień dobry poczęstował nas schłodzonym piwkiem i wodą. Kąpielowy reset spłukał z nas upał i zmęczenie. Wskoczyliśmy w luźniejsze ubrania i za moment byliśmy już w restauracji Bistro Cava Romana z pięknym widokiem na morze. Zamówiliśmy miješano meso z frytkami dla dwojga. Półmisek zawierał, różne rodzaje mięsnych smakołyków m.in. Ćevapčići (paluszki z mięsa mielonego) oraz Ražnjići (szaszłyki) przygotowane na grillu. Popołudnie i wieczór spędziliśmy na spacerach po okolicy i wylegiwaniu się na nadbrzeżu.








    Następny dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie Puli. Postanowiliśmy wybrać miejscowy środek lokomocji czyli podmiejski autobus. Moim zdaniem jest to bardzo fajna opcja poruszania się będąc za granicą. Pozwala przypatrzeć się miejscowym ludziom, którzy głównie są pasażerami tego typu transportu. Niestety spóźniliśmy się, a kolejny miał być dopiero za ok godzinę. Zastanawialiśmy się czy czekać, wrócić po motocykl czy może wybrać się na spacer, który wg. Google Maps powinien zająć nam podobny czas. Pomimo bałkańskiego słońca, ambitnie wybraliśmy podróż "z kapcia". Nie przeszliśmy nawet kilku metrów jak zatrzymał się koło nas samochód. Starszy mężczyzna kierujący pojazdem spytał nas gdzie się wybieramy i czy nas podrzucić. Niewiele myśląc wskoczyliśmy do auta. Po drodze rozmawialiśmy z nim o tym skąd jesteśmy i jakie są nasze dalsze plany na podróż. Jak się okazało był lata temu w naszym mieście podczas winobrania. Pracował przez wiele lat w Niemczech w okolicach Berlina, a teraz prowadzi pensjonat Haus Berlin w Pješčena Uvala. Pomimo tego, że On nie mówił po angielsku (ja zresztą też nie za dobrze) z kolei ja jeszcze gorzej po niemiecku, którym On próbował się ze mną porozumieć.  Mimo problemów lingwistycznych jakoś daliśmy radę się dogadać. Na koniec dopytał gdzie dokładnie nas podrzucić i po chwili zatrzymał się przed wejściem do amfiteatru. Chciałem zapłacić mu za podwózkę lecz Josip stanowczo odmówił dając nam jedynie swoją wizytówkę z zaproszeniem do odwiedzenia go podczas kolejnej wizyty. Zabytkowa budowla przy której wysiedliśmy sprawia ogromne wrażenie. Mające przeszło 2000 lat  koloseum będące niemym świadkiem walk gladiatorów oraz turniejów rycerskich jest jednym z najlepiej zachowanych do dnia dzisiejszego rzymskich amfiteatrów. Weszliśmy do środka, stanąłem na środku placu by poczuć się jak gladiator. Ile to istnień ludzkich zakończyło w tym miejscu swoją życiową wędrówkę, ile krwi wchłonęła ta ziemia, aby zapewnić rozrywkę tłuszczy. Miejsce to  skłania do refleksji. W obecnych czasach amfiteatr zapewnia bardziej cywilizowaną rozrywkę jak koncerty oraz spektakle. Zeszliśmy pod arenę by zapoznać się z ekspozycją opowiadającą o historii obiektu. Przyjemny chłód panujący w tych pomieszczeniach dawał ukojenie od skwaru panującego na zewnątrz. Po oglądnięciu wystawy udaliśmy się na nadbrzeże oraz starówkę. To największe na półwyspie Istria miasteczko ma niesamowity klimat, zabytki, knajpki oraz sklepiki z pamiątkami. Wchłanialiśmy je wszystkimi zmysłami. Idąc wąskimi uliczkami doszliśmy na wzgórze zamkowe, na którym usytuowana jest XVII wieczna wenecka twierdza Kaštel. Rozpościera się stąd panorama m.in. na port i amfiteatr. Usiedliśmy w cieniu drzew by ustalić plan na dalszą część dnia. Postanowiliśmy zobaczyć jeszcze łuk Sergiusza będący kolejną wizytówką miasta oraz przechodząc zabytkową starówką znaleźć jakiś węzeł przesiadkowy, który pozwoliłby nam dotrzeć na kwaterę. Musieliśmy wpaść na chwilę do naszego pensjonatu, aby przebrać się i wziąć plażowe akcesoria. Dobrze rozwinięta sieć połączeń oraz bardzo przejrzysta mapa tras pozwoliła w łatwy sposób namierzyć odpowiedni przystanek. Czekając na przyjazd autobusu zrobiliśmy jeszcze niewielkie zakupy na miejscowym bazarku. Dzięki czemu chwilę później siedząc w busie zajadaliśmy się słodkimi figami. Po odświeżeniu się i przebraniu postanowiliśmy dostać się na plażę Hawaii Beach przechodząc przez dużą marinę znajdującą się pomiędzy Pješčeną a Pulą. Otwarta przestrzeń przystani sprawiała, że upał odczuwalny był jeszcze intensywniej. Na szczęście połowa trasy na plażę pozwalała ukryć się pod drzewami. Po drodze zjedliśmy obiad w przydrożnym barze La Barca mającym bardzo wysokie oceny na Google Maps. Niepozorny lokal oferuje bardzo smaczną lokalną kuchnię oraz obsługę w języku polskim (nie spodziewałem się, że w takim miejscu zjem najlepsze kalmary w życiu). Popołudnie upłynęło nam na beztroskim plażowaniu i kąpielach w morzu. Wracając do hotelu odwiedziliśmy jeszcze kanion Verudela znajdujący się niedaleko Hawajskiej plaży. Surowe majestatyczne skały wynurzają się z błękitnych wód Adriatyku tworząc niezapomniany widok. Miejsce przypomina ukrytą zatokę piratów z powieści Roberta Louisa Stevensona. Z urwiska prowadzi na dno kanionu stroma ścieżka, istnieje też szybsza droga czyli skok z klifu. Mieliśmy okazję zobaczyć jak kilku śmiałków wybrało ten rodzaj ekstremalnej rozrywki skacząc do wody w głąb ok. 20 m przepaści. Wieczorem ponownie przyszliśmy z butelką wina na upatrzony wcześniej skalisty brzeg w pobliżu mariny. Z tego miejsca był niesamowity widok na zakotwiczone jachty oraz podświetloną Pješčenę, w której toczyło się nocne  turystyczne życie. 













C.D.N.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI CZĘŚĆ 2

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI CZĘŚĆ 3