WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI
Półwysep Bałkański zwany potocznie Bałkanami jest często wybieranym kierunkiem wycieczek motocyklowych. Kraje tego regionu łączy ze sobą nie tylko położenie geograficzne, ale również przeplatające się w nich wątki historyczno-religijne. W architekturze oraz kulturze każdego z nich widać m.in wpływ Cesarstwa Bizantyjskiego oraz Imperium Osmańskiego. Jednocześnie sytuacja ekonomiczna czy podejście do religii w poszczególnych krajach znacznie się różni. Ta spójność, a jednocześnie odrębność budzi ciekawość i chęć jej zaspokojenia. Czytając książki, oglądając filmiki na YouTube czy rozmawiając z przyjaciółmi, którzy odwiedzili już Bałkany moja fascynacja tym regionem Europy urosła na tyle, że postanowiłem go odwiedzić. W sezonie jesienno-zimowym wyszukiwałem filmy w internecie, mogące pomóc mi w przygotowaniu trasy. Dzięki cennym radom, które tam znalazłem udało mi się sporządzić listę miejsc, które ułożyły się w sensowną trasę. Nasz sposób podróżowania pozostawia wiele miejsca na spontaniczność więc taka lista była dla nas wystarczającym planem podróży. Jadąc w dwie osoby (do tego w czerwcu) nie trzeba martwić się o miejsca noclegowe, dlatego też podróż na pełnym spontanie nie wymaga rezerwacji miejsc noclegowych. Mimo wszystko postanowiłem również spakować sprzęt campingowy - zawsze to dodatkowa opcja noclegu. Kilka tygodni przed wyjazdem sprawy prywatne przesłoniły naszą wyprawę i właściwie odpuściliśmy tegoroczny wypad. Na szczęście poukładaliśmy wszystko i praktycznie dzień przed planowanym terminem stwierdziliśmy, że wracamy do gry. Wieczorem spakowaliśmy motocykl, by rankiem wyruszyć na południe. Szybko pokonaliśmy początkowe kilometry drogi S3. Podczas tankowania w Lubawce sprawdziłem prognozę pogody, ponieważ zaniepokoiły mnie zbierające się czarne chmury. Wieści nie były zbyt optymistyczne więc zapobiegawczo założyliśmy przeciwdeszczówki. Tuż po przekroczeniu granicy zaczął padać deszcz, który z przerwami towarzyszył nam przez kolejne dwa dni do granicy z Chorwacją. W tej nieprzyjemnej aurze bazując na nawigacji pomyliłem drogę i trasa do pierwszego noclegu w Wiedniu niestety trochę się przeciągnęła. Remonty dróg w Czechach nie pokrywały się z danymi wczytanym do Garmina i ten usilnie próbował nas poprowadzić w kierunku, który uznał za stosowny. Po tym jak znaleźliśmy się drugi raz w tym samym miejscu zjechałem na pobocze i przykrywając dłonią komórkę przed deszczem zweryfikowałem trasę z Google Maps. Nie chcąc zamoczyć telefonu musiałem bazować na informacjach, które zapamiętałem przez chwilę obserwując ekran smartfonu w strugach deszczu oraz gubiącej się nawigacji. Droga którą w ten sposób obrałem nie była zbyt oczywista. Znajdowała się gdzieś na końcu listy tras, które świadomie wybrałby podróżnik chcący tranzytem dostać się do Chorwacji. Były to często odcinki łączące wioski i przeznaczone bardziej dla traktorów lub innego sprzętu rolniczego. Na szczęście Tiger dawał sobie świetnie radę na tych ścieżkach, ale nasza prędkość znacznie odbiegała od autostradowej. Pomagały niezawodne znaki drogowe, które jednak nie pokazywały destynacji naszej dzisiejszej podróży, ale jedynie kolejne miejscowości, które wg. mapy miały nas tam zaprowadzić. Trasa ok 500 km zajęła nam ok. 8 godzin więc prędkość przelotowa nie powalała. Na pocieszenie - bardziej poznaliśmy rolnicze regiony Czech, które pewnie nigdy byśmy nie odwiedzili. Do Wiednia dotarliśmy ok. 16. Nocleg znalazłem dzień wcześniej w dzielnicy Favoriten niedaleko stacji metra Oberlaa w pensjonacie E&C Pension Rooms. Warunki takie sobie, ale jak na Wiedeń cena była bardzo przestępna, poza tym lokalizacja jest bardzo dobra. Bliskość stacji metra, parking oraz położenie w pobliżu autostrady, którą mieliśmy w kolejnym dniu udać się w dalszą podróż, sprawiły, że miejsce mimo kilku wad jest naszym zdaniem godne polecenia. Zrzuciliśmy mokre przeciwdeszczówki, które na szczęście ochroniły nas przed zamoczeniem ubrań motocyklowych i włożywszy suche i wygodne ubrania ruszyliśmy na podbój Wiednia. Na szczęście przestało padać więc obyło się bez lawirowania pomiędzy kroplami deszczu. Stolica Austrii jest miastem, które można by zwiedzać tygodniami. My postanowiliśmy skrócić ten czas do kilku godzin. Bazując na wszelkich dostępnych środkach informacji wybraliśmy parę ciekawych miejsc, które w tak krótkim czasie moglibyśmy odwiedzić. Kilka przystanków metra i znaleźliśmy się w centrum w pobliżu Katedry św. Szczepana na Stephanplatz. Z racji późnej godziny musieliśmy zrezygnować z wizyty w wiedeńskich muzeach i zaspokoić naszą ciekawość jedynie podziwiając architekturę budynków, które stolica Austrii ma w obfitości. Tego dnia w Wiedniu odbywał się mecz eliminacyjny Mistrzostw Świata w piłce nożnej pomiędzy Austrią i Rumunią, więc miasto obstawione było przez policję, która eskortowała rozentuzjazmowany tłum kibiców gości. Pomimo przegranego meczu na twarzach było widać radość z możliwości uczestnictwa w tym wydarzeniu. Pięknie udekorowani w barwy narodowe kibice Rumunii szli w stronę metra przy śpiewie kibicowskich piosenek. Być może była to Rumuńska wersja naszej piosenki, którą od lat śpiewamy po meczach naszej reprezentacji "nic się nie stało...". Idąc przez centrum Wiednia byliśmy pod wrażeniem przepychu budynków, które mijaliśmy. Budynek Opery Wiedeńskiej, kompleks pałacowy Hofburg, masę przepięknych kamienic mieszczących galerie sztuki, kawiarnie, restauracje czy butiki znanych projektantów. Z racji przepełnionych restauracji i małej ilości czasu na obiad wybraliśmy się do znanej budki z kiełbaskami Bitzinger. Wienerwurst, Currywurst, Grillwurst to tylko niektóre z serwowanych tu kiełbasianych smakołyków. Fakt nie jadłem wcześniej tak przygotowanej kiełbasy, ale zachwytu nie było. Szkoda, że nie starczyło czasu na Wiener Schnitzel lub chociaż sernik lub inny smakołyk znany z tego regionu. Miasto ma swój klimat, który podczas tego krótkiego spaceru poczuliśmy i niewątpliwie mamy zamiar podczas kolejnej wizyty bardziej go zgłębić.
Kolejny dzień rozpoczął się deszczem, tym razem była to delikatna mżawka. w tym rejonie cały dzień wg. prognozy pogody miał być mokry, więc zaraz po śniadaniu spakowaliśmy majdan i ruszyliśmy w trasę. Po opuszczeniu centrum wjechaliśmy na autostradę, by niemal od razu utknąć w korku. Masę ciężarówek i autobusów uniemożliwiało swobodnie wyminąć zator. Na szczęście zauważyłem zjazd na Lublanę więc niewiele myśląc przemknąłem między autami w tym kierunku. Chwilę później ponownie wbiłem w nawigację cel naszej podróży z pominięciem autostrad. Trasa stała się zdecydowanie przyjemniejsza. Do deszczu zdążyliśmy się przyzwyczaić, a boczne drogi sprawiają więcej frajdy z jazdy. Śmigając nimi można bardziej poznać kraj, w którym jesteśmy. Po ok. godzinnej przejażdżce dotarliśmy do twierdzy Predjamski Grad. Zamek ten robi niesamowite wrażenie, zbudowany jest pod ponad 100 metrową skałą zasłaniając swymi murami wejście do jaskini, która stała się częścią zamczyska. Rozległy system jaskiniowych korytarzy został dostosowany i wykorzystany na potrzeby twierdzy. Zwiedzając wnętrza warowni można zauważyć inwencję twórczą budowniczych, którzy umiejętnie wtopili budowlę w skały. Miejscami można zwątpić czy zwiedzamy obiekt historyczny czy geologiczny. Będąc w Słowenii, moim zdaniem podczas planowania podróży, nie można pominąć tej specyficznej fortecy. Zwiedzanie zajęło nam więcej czasu niż zakładaliśmy, ale dzięki temu rozpogodziło się więc oświetleni nieśmiałymi promieniami słońca ruszyliśmy w dalszą drogę. Z każdym pokonywanym kilometrem robiło się cieplej, czuć było, że zbliżamy się do cieplejszych rejonów Europy. Podczas odpoczynku na postoju, Ula zaczęła się zastanawiać, czy za kilka dni nie zatęsknimy za deszczem. Staliśmy pod drzewami i korzystając z cienia odpoczywaliśmy chwilę. Zauważyliśmy niecodzienny widok, dziewczynka z ozdobą bożonarodzeniową spacerowała w asyście opiekuna po parkingu. Jak się okazało Emilka wraz z ojcem byli naszymi rodakami. Chwilę z nimi porozmawialiśmy i wyjaśniła się nietypowa jak na tą porę roku "zabawka" trzymana w rączkach. Wyjeżdżając z domu po prostu uparła się, że musi ją wziąć do Chorwacji nie pozostawiając swojemu tacie wyboru. Pożegnaliśmy się i po chwili byliśmy znów na szlaku. Na pograniczu Słoweńsko-Chorwackim trafiliśmy na utrudnienia w ruchu, które trochę nas spowolniły więc postanowiliśmy odpuścić sobie pizzę w Trieście i udaliśmy się od razu w kierunku Puli. Nocleg znaleźliśmy w miejscowości Pješčana Uvala w pensjonacie Apartments Delas. Powitał nas bardzo sympatyczny gospodarz, który na dzień dobry poczęstował nas schłodzonym piwkiem i wodą. Kąpielowy reset spłukał z nas upał i zmęczenie. Wskoczyliśmy w luźniejsze ubrania i za moment byliśmy już w restauracji Bistro Cava Romana z pięknym widokiem na morze. Zamówiliśmy miješano meso z frytkami dla dwojga. Półmisek zawierał, różne rodzaje mięsnych smakołyków m.in. Ćevapčići (paluszki z mięsa mielonego) oraz Ražnjići (szaszłyki) przygotowane na grillu. Popołudnie i wieczór spędziliśmy na spacerach po okolicy i wylegiwaniu się na nadbrzeżu.
Następny dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie Puli. Postanowiliśmy wybrać miejscowy środek lokomocji czyli podmiejski autobus. Moim zdaniem jest to bardzo fajna opcja poruszania się będąc za granicą. Pozwala przypatrzeć się miejscowym ludziom, którzy głównie są pasażerami tego typu transportu. Niestety spóźniliśmy się, a kolejny miał być dopiero za ok godzinę. Zastanawialiśmy się czy czekać, wrócić po motocykl czy może wybrać się na spacer, który wg. Google Maps powinien zająć nam podobny czas. Pomimo bałkańskiego słońca, ambitnie wybraliśmy podróż "z kapcia". Nie przeszliśmy nawet kilku metrów jak zatrzymał się koło nas samochód. Starszy mężczyzna kierujący pojazdem spytał nas gdzie się wybieramy i czy nas podrzucić. Niewiele myśląc wskoczyliśmy do auta. Po drodze rozmawialiśmy z nim o tym skąd jesteśmy i jakie są nasze dalsze plany na podróż. Jak się okazało był lata temu w naszym mieście podczas winobrania. Pracował przez wiele lat w Niemczech w okolicach Berlina, a teraz prowadzi pensjonat Haus Berlin w Pješčena Uvala. Pomimo tego, że On nie mówił po angielsku (ja zresztą też nie za dobrze) z kolei ja jeszcze gorzej po niemiecku, którym On próbował się ze mną porozumieć. Mimo problemów lingwistycznych jakoś daliśmy radę się dogadać. Na koniec dopytał gdzie dokładnie nas podrzucić i po chwili zatrzymał się przed wejściem do amfiteatru. Chciałem zapłacić mu za podwózkę lecz Josip stanowczo odmówił dając nam jedynie swoją wizytówkę z zaproszeniem do odwiedzenia go podczas kolejnej wizyty. Zabytkowa budowla przy której wysiedliśmy sprawia ogromne wrażenie. Mające przeszło 2000 lat koloseum będące niemym świadkiem walk gladiatorów oraz turniejów rycerskich jest jednym z najlepiej zachowanych do dnia dzisiejszego rzymskich amfiteatrów. Weszliśmy do środka, stanąłem na środku placu by poczuć się jak gladiator. Ile to istnień ludzkich zakończyło w tym miejscu swoją życiową wędrówkę, ile krwi wchłonęła ta ziemia, aby zapewnić rozrywkę tłuszczy. Miejsce to skłania do refleksji. W obecnych czasach amfiteatr zapewnia bardziej cywilizowaną rozrywkę jak koncerty oraz spektakle. Zeszliśmy pod arenę by zapoznać się z ekspozycją opowiadającą o historii obiektu. Przyjemny chłód panujący w tych pomieszczeniach dawał ukojenie od skwaru panującego na zewnątrz. Po oglądnięciu wystawy udaliśmy się na nadbrzeże oraz starówkę. To największe na półwyspie Istria miasteczko ma niesamowity klimat, zabytki, knajpki oraz sklepiki z pamiątkami. Wchłanialiśmy je wszystkimi zmysłami. Idąc wąskimi uliczkami doszliśmy na wzgórze zamkowe, na którym usytuowana jest XVII wieczna wenecka twierdza Kaštel. Rozpościera się stąd panorama m.in. na port i amfiteatr. Usiedliśmy w cieniu drzew by ustalić plan na dalszą część dnia. Postanowiliśmy zobaczyć jeszcze łuk Sergiusza będący kolejną wizytówką miasta oraz przechodząc zabytkową starówką znaleźć jakiś węzeł przesiadkowy, który pozwoliłby nam dotrzeć na kwaterę. Musieliśmy wpaść na chwilę do naszego pensjonatu, aby przebrać się i wziąć plażowe akcesoria. Dobrze rozwinięta sieć połączeń oraz bardzo przejrzysta mapa tras pozwoliła w łatwy sposób namierzyć odpowiedni przystanek. Czekając na przyjazd autobusu zrobiliśmy jeszcze niewielkie zakupy na miejscowym bazarku. Dzięki czemu chwilę później siedząc w busie zajadaliśmy się słodkimi figami. Po odświeżeniu się i przebraniu postanowiliśmy dostać się na plażę Hawaii Beach przechodząc przez dużą marinę znajdującą się pomiędzy Pješčeną a Pulą. Otwarta przestrzeń przystani sprawiała, że upał odczuwalny był jeszcze intensywniej. Na szczęście połowa trasy na plażę pozwalała ukryć się pod drzewami. Po drodze zjedliśmy obiad w przydrożnym barze La Barca mającym bardzo wysokie oceny na Google Maps. Niepozorny lokal oferuje bardzo smaczną lokalną kuchnię oraz obsługę w języku polskim (nie spodziewałem się, że w takim miejscu zjem najlepsze kalmary w życiu). Popołudnie upłynęło nam na beztroskim plażowaniu i kąpielach w morzu. Wracając do hotelu odwiedziliśmy jeszcze kanion Verudela znajdujący się niedaleko Hawajskiej plaży. Surowe majestatyczne skały wynurzają się z błękitnych wód Adriatyku tworząc niezapomniany widok. Miejsce przypomina ukrytą zatokę piratów z powieści Roberta Louisa Stevensona. Z urwiska prowadzi na dno kanionu stroma ścieżka, istnieje też szybsza droga czyli skok z klifu. Mieliśmy okazję zobaczyć jak kilku śmiałków wybrało ten rodzaj ekstremalnej rozrywki skacząc do wody w głąb ok. 20 m przepaści. Wieczorem ponownie przyszliśmy z butelką wina na upatrzony wcześniej skalisty brzeg w pobliżu mariny. Z tego miejsca był niesamowity widok na zakotwiczone jachty oraz podświetloną Pješčenę, w której toczyło się nocne turystyczne życie.
C.D.N.







































Komentarze
Prześlij komentarz