Życzenie rzucone na wiatr: Bałkański szlak do Grecji na motocyklu. Część 2


    Obudziliśmy się jeszcze przed budzikiem i razem wyszliśmy do pobliskiego sklepu na zakupy. Poranna Banja Luka powitała nas rześkim powietrzem i niezbyt imponującymi widokami przesłoniętymi szarymi chmurami. Droga, którą wczoraj wjeżdżaliśmy na wzgórze, po wieczornych i nocnych opadach stała się zdradliwie śliska – do tego stopnia, że buty kilkukrotnie rozjechały się nam na mazi naniesionej z pobliskiej budowy. Idąc, uważnie obserwowałem nawierzchnię w poszukiwaniu najlepszego toru jazdy, uspokajając Ulę, że motocyklowa opona trzyma się drogi znacznie lepiej niż podeszwy butów, więc będzie dobrze. Sam jednak miałem cichą nadzieję, że się nie mylę. Do osiedlowego marketu dotarliśmy jednak bez spektakularnego upadku. W sklepie poszukiwaliśmy miejscowych specjałów na szybkie śniadanie. W tego typu podróży, kiedy nie można liczyć na to, że nadmiar jedzenia dotrwa do jutra, kluczowe jest skupienie się wyłącznie na najbliższym posiłku. Zakup masła, wędlin, nabiału czy warzyw na kolejny dzień może skończyć się w rozgrzanym kufrze jedynie malowniczą breją o niezbyt zachęcającym zapachu. Z racji tego, że sklep nie oferował lokalnego pieczywa, takiego jak burek czy sirnica, do koszyka wpadły mniej oczekiwane towary: rogale, puszka rybna i serek ziarnisty – czyli mniej więcej to samo, co można kupić również u nas. Ula wypatrzyła jednak na półce małą saszetkę kawy sypanej, idealną na jedną porcję. Stwierdziła z pragmatyzmem, że nie ma najmniejszej ochoty pić tej nieco już zwietrzałej, którą od kilku dni woziliśmy w kufrze. Jak się później okazało, po zaparzeniu nasza – może i nieco zwietrzała – była o niebo lepsza od tej lokalnej, która z niesmakiem szybko wylądowała w zlewie. Błotnistą górkę skanowaną podczas porannego spaceru na zakupy przejechałem bez większych problemów – pewnie dlatego, że droga trochę już wyschła w porannym słońcu, a ja jechałem sam, podczas gdy Ula czekała niżej, na wypłaszczeniu, które było już wystarczająco suche. Gdy pokonywaliśmy pierwsze kilometry tego dnia, nadal było dość chłodno. Z tego powodu poza grubszymi rzeczami założonymi pod odzież motocyklową, na wierzch wrzuciliśmy jeszcze zestawy przeciwdeszczowe, które genialnie chronią przed wiatrem i zapewniają znacznie lepszy komfort termiczny. Kurtka Ozone Dart Silver Black, zakupiona na szybko tuż przed samym wyjazdem, okazała się wręcz idealna na upalne dni, jednak w chłodne poranki kompletnie sobie nie radziła. Ubieranie się na cebulkę stało się więc moim codziennym rytuałem, bo temperatury podczas tej podróży serwowały nam prawdziwy, pogodowy rollercoaster. Szybko zostawiliśmy za sobą Banja Lukę, która w porannych godzinach zupełnie nie przypominała tej wczorajszej, zatłoczonej metropolii. Jechaliśmy tradycyjnie bocznymi drogami, mogąc skupić się na poznawaniu prawdziwego oblicza Bośni i Hercegowiny – kraju tak mocno doświadczonego podczas rozpadu Jugosławii, w którym na każdym kroku można spotkać smutne pamiątki tamtych czasów. Tego dnia w wielu miejscach widzieliśmy gęste ślady po kulach na elewacjach budynków, stanowiące nieme świadectwo wciąż żywych wydarzeń sprzed lat. Pierwszym przystankiem tego dnia był skansen „Etno selo Ljubačke doline” (Muzeum Etnograficzne Doliny Ljubačevo). Był to pierwszy skansen, który odwiedziliśmy poza granicami naszego kraju. W Polsce zobaczyliśmy ich już kilka i bardzo lubimy tę możliwość zanurzenia się w prostym życiu ludzi, którzy z niezwykłą pomysłowością ułatwiali sobie codzienną egzystencję. Rzeczy, które ich otaczały, często stanowią wręcz pierwotną formę używanych przez nas obecnie przedmiotów codziennego użytku. Miejsce powitało nas ciszą i absolutnym brakiem turystycznego zgiełku, pomimo tego, że skansen usytuowany jest w odległości zaledwie 20 km od Banja Luki. W jego skład wchodzi wiele odrestaurowanych, drewnianych budynków z XIX i początku XX wieku – od tradycyjnych chat mieszkalnych, przez warsztaty rzemieślnicze (m.in. kuźnię, tkalnię czy młyn), aż po starą szkołę i wiejską karczmę. Wewnątrz zgromadzono bogatą kolekcję dawnych narzędzi, mebli i strojów ludowych, które idealnie oddają ducha dawnej, bałkańskiej prowincji. Część z oglądanych budynków wygląda nie jak muzealna wystawa, ale tak, jakby nadal ktoś w nich mieszkał i pracował. Takie wyrwane z koła historii, zatrzymane w czasie, autentyczne bałkańskie życie... tylko bez ludzi. Na terenie skansenu działa również restauracja z lokalną kuchnią, ale niestety było jeszcze zbyt wcześnie, aby z niej skorzystać. Po pożegnaniu się z sympatycznymi gospodarzami ruszyliśmy w stronę kolejnego celu o cokolwiek osobliwej nazwie – Jajce. 







    Odcinek drogi M16, który prowadził nas do kolejnego celu, należy do najpiękniejszych w całej Bośni i Hercegowinie. Szlak wiedzie malowniczym, głębokim wąwozem rzeki Vrbas. Dość dobra nawierzchnia i przyjemne zakręty wręcz zachęcają do niespiesznej jazdy – tak, aby delektować się każdym pokonanym kilometrem oraz widokami, które co chwilę kuszą, by się zatrzymać i uwiecznić tę chwilę w fotograficznym kadrze.
Gdy jechaliśmy kanionem, robiło się coraz cieplej, więc przy każdym kolejnym postoju kolejna warstwa odzieży lądowała w kufrze. W końcu mogłem w pełni docenić walory nowej kurtki, która w wyższych temperaturach zapewnia naprawdę genialny komfort.
Nasz kolejny przystanek zrobiliśmy przy zabytkowych młynach wodnych, lokalnie nazywanych Mlinčići. Leżą one pomiędzy dwoma zbiornikami – Wielkim i Małym Jeziorem Pliva (Veliko i Malo Plivsko jezero) – około 5 km od centrum Jajce. Te urokliwe, małe drewniane domki zbudowano kilkaset lat temu, jeszcze w czasach osmańskich (najstarsze wzmianki o nich sięgają XVI wieku), a służyły lokalnej społeczności do mielenia zbóż i kukurydzy na mąkę. Co ciekawe, każdy z nich należał do innej rodziny z okolicznych wsi. Dziś młyny nie pełnią już swoich pierwotnych funkcji produkcyjnych – stanowią chroniony zabytek architektury ludowej oraz wyjątkowo malowniczą atrakcję turystyczną. Drewniane budyneczki, wsparte na palach wznoszących się tuż nad kaskadami, wyglądają niemal jak bajkowa osada z minionej epoki. Szum bystrej wody spływającej pod podłogami chat, zapach wilgotnego drewna i chłodna bryza unosząca się nad Jeziorem Pliva dają niesamowitą ulgę po pokonaniu kolejnych kilometrów na motocyklu. Klimat tego miejsca po prostu zachęca, by na chwilę usiąść i być tu i teraz – z dala od całego świata. Zachęca, by cieszyć się bieżącą chwilą i spokojem, jaki tu panuje, pomimo obecności innych turystów, którzy – tak jak my – przywędrowali w to miejsce, by tego doświadczyć. W takich miejscach chciałoby się zostać na dłużej – nas jednak pchała do przodu chęć dotarcia w znacznie odleglejsze rejony. Postanowiliśmy więc podjechać jeszcze krótki kawałek wzdłuż jeziora, by zobaczyć, co kryje kolejny zakręt. Z naprzeciwka nadjechało kilka aut, które trąbiąc, głośno oznajmiały światu, że dwójka młodych ludzi postanowiła połączyć swoje ścieżki sakramentem małżeństwa. Wszyscy machali do nas wesoło i hałasując, szybko rozwiali tę dotychczasową, magiczną aurę. Wsiedliśmy na motocykl i dogoniliśmy weselny orszak, który chwilę później zatrzymał się, by pośród tłumu ludzi przyciągniętych odgłosami klaksonów i muzyki odprawiać jakieś lokalne ceremonie. My jednak – mimo ciekawości związanej z poznaniem innej kultury – mieliśmy jeszcze spory kawałek drogi do pokonania, więc minęliśmy rozweselony tłum i chwilę później byliśmy już na trasie wiodącej w stronę stolicy.









     Asfalt ciągnął się dalej kanionem rzeki Vrbas, ale widoki nie były już tak imponujące. Krajobraz pozostawał górzysty, jednak zniknęły spektakularne skały piętrzące się tuż przy szosie, a teren stał się bardziej otwarty. Mijaliśmy miejscowości o znajomo brzmiących nazwach, jak np. Komar czy Travnik. Po drodze zatrzymaliśmy się w jakiejś niewielkiej miejscowości, by napić się kawy w przydrożnym barze. Lokalsi powitali nas skinięciem ręki i ciepłym uśmiechem. Przy stoliku obok siedziała roześmiana, zajęta swoimi sprawami młoda ekipa. Mimo że wypalali hurtowe ilości papierosów, kulturalnie starali się nam nie dmuchać dymem i nie przeszkadzać. Tu na Bałkanach pali się dużo i chyba od najmłodszych lat. Nikomu nie przeszkadza widok kobiety w ciąży pochłaniającej kolejnego peta – jakby już w brzuchu uczyła swojego potomka, jak prawidłowo się zaciągać. W każdym barze obok solniczki, pieprzniczki i chusteczek stoi pokaźna popielniczka, przypominająca mi trochę Polskę z czasów PRL-u. Dopiliśmy kawę, pożegnaliśmy się z ludźmi w barze i wróciliśmy na trasę. Silnik znowu zagrał znajomą melodię, a my pokonywaliśmy ostatnie kilometry dzielące nas od stolicy. Droga stawała się coraz szybsza i bardziej zatłoczona, a krajobraz wokół powoli zmieniał swój surowy, górski charakter. Zaczęła pojawiać się gęstsza zabudowa, stacje benzynowe i pierwsze miejskie korki. Przedmieścia Sarajewa witały nas mocniejszym ruchem i gorącym powietrzem unoszącym się nad asfaltem, dając jasny sygnał, że oto wkraczamy w sam środek bałkańskiej metropolii. Tutaj, mimo zmęczenia, musiałem wykrzesać jeszcze ostatnie pokłady skupienia, bo duże, nieznane miasto na dwóch kółkach to zawsze spore wyzwanie. Stolica Bośni i Hercegowiny ze swoimi wąskimi, stromymi uliczkami i dynamicznym ruchem potrafi postawić poprzeczkę naprawdę wysoko. Dzięki podpowiedziom przyjaciół, którzy odwiedzili już to miasto, starałem się wyciągnąć wnioski – noclegu szukałem w nisko położonej części Sarajewa. Udało mi się zarezerwować miejsce tuż przy rzece Miljacce, w bliskiej odległości od Mostu Łacińskiego i Baščaršiji, czyli głównego targu miejskiego. Logistyczny majstersztyk. Do hotelu wystarczyło wjechać zaledwie około 20–30 metrów pod górę po wyślizganej kostce brukowej i skręcić w wąską, poprzeczną uliczkę. W porównaniu do innych miejsc oglądanych na Bookingu było to niewątpliwie bardzo dogodne rozwiązanie. Zmartwił mnie trochę samochód stojący na końcu tej ślepej uliczki, ale zapytałem gospodarza hotelu, czy nie będzie problemu, jeśli go zastawię. Po chwili otrzymałem informację, że upewnił się u właściciela pojazdu, a ten nie miał nic przeciwko, abym zatarasował mu wyjazd do jutra. Co prawda, aby zawrócić na ciasnej uliczce przed hotelem, trzeba było się trochę nakręcić kierownicą, ale po chwili zmagań ze sprzętem mogliśmy w końcu zaparkować przy ścianie budynku i zacząć się rozpakowywać.
Apartament Toplik przywitał nas komfortem, którego nie spodziewaliśmy się, mijając zabudowania miejskie naznaczone śladami walk sprzed trzydziestu lat. Choć widać, że miasto nie jest w ruinie i prężnie się rozwija, nie oczekiwaliśmy standardu deluxe tuż obok dość ubogich, zniszczonych czasem budynków. Wnętrze urządzono z dbałością o detale, a miły i pomocny właściciel dopilnował, żeby niczego nam nie brakowało. Bezcenne było zwłaszcza zrzucenie ciężkich, wygrzanych w słońcu ciuchów motocyklowych i szybki, chłodny prysznic, który natychmiast przywrócił nas do życia. Przebrani w lekkie ubrania byliśmy gotowi, by ruszyć na podbój Sarajewa. Z apartamentu mieliśmy zaledwie kilkadziesiąt kroków na starówkę, więc już po chwili chłonęliśmy atmosferę tętniącego życiem miasta. Gdy wkroczyliśmy na teren Baščaršiji, nasze zmysły natychmiast zostały poddane intensywnym doznaniom. Z wąskich uliczek rozchodził się mocny aromat przypraw i parzonej kawy, a przestrzeń wypełniał gwar rozmów w dziesiątkach języków, dźwięki muzyki oraz miarowy stukot młotków używanych do ręcznego kształtowania miedzianych naczyń. Feeria barw ulicznych straganów, tak charakterystyczna dla osmańskich targowisk, wywoływała szczery zachwyt i przenosiła nas w zupełnie inny świat. Ula natychmiast przestawiła się w tryb sroczki – wyszukiwała świecidełka na stoiskach z ręcznie robioną biżuterią albo buszowała w butikach z damską garderobą, próbując odnaleźć jakiś egzotyczny element odzieży, który później musiałbym jakoś upchnąć na naszym motocyklu.
Żonka była w swoim kobiecym żywiole, więc ja postanowiłem zająć się przyziemnymi sprawami – wyszukaniem na Google Maps jakiejś dobrej restauracji w okolicy. Zaspokojona nowo nabytymi gadżetami szybko również poczuła głód, dzięki czemu chwilę później siedzieliśmy już przy stoliku w ukrytej w bocznej uliczce restauracji Nacionalni Restoran Višegrad. Tradycyjny, kameralny wystrój lokalu od razu tworzył domową, niezwykle gościnną atmosferę. Poprosiłem kelnera, aby pomógł nam w wyborze jakichś miejscowych specjałów, więc bez wahania zaproponował Bosanski Šahan oraz Mućkalicę Telećą, a do tego zimne, lokalne piwo. Pierwszy kęs po całym dniu spędzonym w trasie był czystą poezją. Doskonale przyrządzone mięso, w połączeniu ze świeżym chlebkiem nasiąkniętym aromatycznymi sokami i kremową nutą kajmaku, po prostu rozpływało się w ustach. Każdy kolejny kęs zdawał się natychmiast wymazywać trudy pokonanych kilometrów, udowadniając, że dla takich chwil warto wsiadać na motocykl. Dania były wyśmienite i bardzo szybko zniknęły z naszych talerzy. Po opłaceniu rachunku daliśmy się wciągnąć w magię orientalnego targowiska. Odwiedziliśmy chyba wszystkie urokliwe, wąskie uliczki i kameralne sklepiki, aż w końcu trafiliśmy na centralny plac, na którym stoi Sebilj – charakterystyczna drewniana studzienka z XVIII wieku, będąca jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Sarajewa. W drodze powrotnej do apartamentu zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę na Moście Łacińskim. To tutaj 28 czerwca 1914 roku padły strzały, które zakończyły życie arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego żony Zofii, stając się bezpośrednią przyczyną wybuchu I wojny światowej. Stojąc w miejscu będącym świadkiem jednego z najważniejszych i najbardziej brzemiennych w skutki wydarzeń XX wieku, myślałem o milionach ofiar tego konfliktu. Zabytkowe kamienice oraz sam most trwają tu niewzruszenie, a życie toczy się dalej – mimo kolejnych wojennych zawieruch, które na przestrzeni lat przetaczały się przez te ulice. Na szczęście teraz w tej części Europy panuje spokój, więc możemy bez przeszkód zatrzymać się na chwilę i chłonąć niepowtarzalny klimat tego miasta. Był to idealny, cichy akcent na zakończenie pełnego wrażeń dnia. Wróciliśmy do apartamentu akurat w momencie, gdy z pobliskiego minaretu rozniósł się głos muezina wzywającego do modlitwy. Wzmocniony głośnikami adhan słychać było głośno i wyraźnie w całym pokoju, ponieważ jedno z okien wychodziło dokładnie na meczet Vekila Harača, znajdujący się zaledwie 50 metrów od naszego budynku. Po kilku minutach nastała w końcu błoga cisza. Położyliśmy się do łóżka, a ja chwyciłem za telefon, żeby sprawdzić wiadomości. Od razu natrafiłem na wiadomość od gospodarza z prośbą o przestawienie motocykla, bo komuś w uliczce bardzo przeszkadzał.
Wyszedłem na zewnątrz w klapkach i bez kasku – w końcu to tylko przeparkowanie. W tym samym momencie podjeżdżało auto, z którego wysiadły kobiety. Zaczęły mi coś tłumaczyć, aż w końcu zrozumiałem, że zostają tu na noc. Pomyślałem, że to może o nie chodziło gospodarzowi, więc zaproponowałem prosty plan: one się cofną, ja wyjadę, one zajmą moje miejsce, a ja zaparkuję ponownie przy samej ścianie. Cofając pod górę na wstecznym, prawie spaliła sprzęgło. W końcu wyjechałem z naszej ślepej uliczki i zjechałem w dół, gdzie w pobliżu meczetu stał akurat patrol policji na sygnałach. Na szczęście samochód wjechał już na miejsce, więc nie czekając, aż wzbudzę zainteresowanie służb, ruszyłem z powrotem pod górę. Tam zaczął się prawdziwy taniec na nierównej nawierzchni: przód, tył, przód, tył – i tak do zwycięstwa. Na szczęście Ula wyszła sprawdzić, co się dzieje, i pomogła mi zawrócić maszynę. W końcu zaparkowałem znów przy ścianie. Nie zdążyłem go jednak nawet zabezpieczyć, gdy ponownie podeszła do mnie moja nowa sąsiadka z informacją, że ona jednak nie może tu zostać i musi zjechać na parking niżej. Wsiadłem więc po raz kolejny i zjechałem w dół, wypuszczając ją z uliczki. Patrol nadal tam stał, ale na szczęście i tym razem uniknąłem ich uwagi. Gdy odjechała, ponowiłem wjazd w dobrze mi już znany ślepy zaułek. Znowu ta sama walka: przód, tył, przód, tył, by po długich trudach stanąć dokładnie w tym samym miejscu, co na samym początku.
Zastanawiałem się tylko, komu w takim razie tak bardzo zależało na tym przeparkowaniu. Po chwili sytuacja wreszcie się wyjaśniła. To drugi sąsiad, który miał potężny wjazd do swojego garażu, chciał, żebym cofnął motocykl dosłownie o włos, bo przednie koło przysłaniało mu jakieś 15 cm przejazdu. Cofnąłem więc ten kawałek, po czym zapewniłem go, że wyjeżdżamy z samego rana i nie będę mu długo zawadzał.
– Really? – spytał z niedowierzaniem.
– Really – odpowiedziałem.
Przybiliśmy piątkę i wreszcie wróciłem do pokoju, by po niemal godzinie tej absurdalnej walki ponownie położyć się do łóżka. Postanowiłem już więcej tego wieczoru nie sprawdzać telefonu.





























Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI CZĘŚĆ 2

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI CZĘŚĆ 3

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI