Życzenie rzucone na wiatr: Bałkański szlak do Grecji na motocyklu. Część 1

Obudziliśmy się przed piątą i stwierdziliśmy, że szkoda
zalegać w łóżku, kiedy za progiem czyha przygoda. Tego dnia do
pokonania mieliśmy przeszło 500 km bocznymi drogami przez Węgry i
Chorwację aż do Banja Luki w Bośni i Hercegowinie. Wybraliśmy
wolniejszą trasę, aby móc z motocyklowej perspektywy poznać tę
część Europy. Jak się okazało, pod wieloma względami przypomina
ona naszą Wielkopolskę: płaski teren, wybitnie rolniczy charakter
oraz zabudowania miasteczek z układem urbanistycznym łudząco
podobnym do architektury „kraju podziemnej pomarańczy” (jak
pieszczotliwie określa się polskie województwo, w którym pyra
stanowi podstawę egzystencji). Jazda lokalnymi trasami nie była być może zbyt ekscytująca,
ale pozwoliła zaobserwować zwykłe życie na węgierskiej
prowincji, toczące się swoim niespiesznym rytmem. Mijani ludzie,
zajmujący się swoimi codziennymi sprawami, od czasu do czasu
machali nam przyjaźnie. Długie, proste odcinki i niezbyt
urozmaicony krajobraz zawiodły nas do Balatonu, w okolicach
miejscowości Keszthely. Nieduży parking przy samym jeziorze był
prawie pusty, nie licząc kilku aut i grupy rowerzystów. Stanęliśmy na brzegu tego potężnego akwenu, spojrzeliśmy na
szarą wodę oraz muliste nadbrzeże i oboje zgodnie stwierdziliśmy,
że szału nie ma. Może przez lata podróży staliśmy się bardziej
wybredni, a może to brak słońca potęgował wrażenie ponurego
krajobrazu. Fakt faktem, woda absolutnie nie zachęcała do kąpieli
– a szczególnie ten skrawek brzegu pokryty szlamem, który pewnie
spowodowałby spektakularny fikołek, gdybyśmy chcieli zanurzyć
stopy, podwijając jedynie spodnie do kolan. Postanowiliśmy zjeść drugie śniadanie i napić się kawy.
Niestety, przyplażowy bar poza kawą nie miał nic ciekawego do
zaoferowania, więc pozostało przy małej czarnej i wafelku
„Balaton” odsapnąć przed dalszą drogą. Kontynuowaliśmy naszą podróż bocznymi drogami, z uporem
maniaka ignorując wszelkie propozycje, które podsuwała nawigacja.
Dzięki temu mogliśmy zagłębić się jeszcze bardziej w zakątki
rzadko odwiedzane przez turystów. Każde zatrzymanie się w wiejskim
sklepie sprawiało, że czuliśmy się wyjątkowo. Pewnie trochę ze
względu na nasze motocyklowe ubrania, które w rosnącym upale mocno
wyróżniały się na tle skąpo odzianych lokalsów, wnosiliśmy
spory element egzotyki do ich codziennej egzystencji. Nasze
pojawienie się budziło ciekawość i chęć poznania, a odpowiedź
na pytanie, skąd i dokąd zmierzamy, spotykała się z pełnym
podziwu i niedowierzania odbiorem – trochę jakbyśmy opowiadali,
że planujemy objechać kulę ziemską. Po przekroczeniu granicy z Chorwacją znaleźliśmy się w
obszarze Slawonii, czyli zupełnie innej Chorwacji niż ta znana z
pocztówek – bez turystycznego zgiełku, szumu fal i skalistych
wybrzeży. Zamiast tego powitały nas bezkresne pola, senne wioski i
proste, asfaltowe wstęgi, na których ruch był znikomy. Panował tu
klimat bardzo zbliżony do opuszczonych przed chwilą Węgier. Im bliżej byliśmy jednak granicy z Bośnią, tym częściej na
nudnym, płaskim terenie gdzieniegdzie pojawiały się łagodne
wzniesienia zwiastujące zmianę krajobrazu, a architektura i styl
życia mieszkańców zyskiwały wyraźniejszy, bałkański rys. Nadal
ignorując nawigację, zbliżaliśmy się do przejścia granicznego
na rzece Sawie w miejscowości Stara Gradiška. Byliśmy wręcz
ucieszeni, że przechytrzyliśmy system, wybierając małe przejście
– w końcu w naszym kierunku nie było widać absolutnie żadnych
innych pojazdów. Dopiero po chwili zrozumieliśmy, skąd ten pustostan na drodze:
most był w trakcie remontu, a granica całkowicie zamknięta. Po zawróceniu spojrzałem na nawigację, która wskazywała
półtoragodzinny objazd. Z pokorą przyjąłem jej werdykt i
ruszyliśmy we wskazanym kierunku. Jednak po przejechaniu kilku
kilometrów zauważyliśmy kierunkowskaz na Banja Lukę, który z
kolei był konsekwentnie ignorowany zarówno przez nawigację
Garmina, jak i tę w telefonie. Może obie zmówiły się przeciwko
nam w akcie zemsty za wcześniejsze lekceważenie ich wskazówek... Wskoczyliśmy więc na trasę szybkiego ruchu prowadzącą wprost
do przejścia granicznego. Trasa ta była całkowicie niewidoczna dla
naszych urządzeń, według których z autostradową prędkością
gnaliśmy środkiem malowniczych pól chorwacko-bośniackiego
pogranicza. Ta granica była jednak świetnie znana innym kierowcom,
więc swoje musieliśmy odstać, a w pełnym bałkańskim słońcu
było to spore wyzwanie. Na szczęście samo przekroczenie granicy okazało się czystą
formalnością i po pożegnaniu celników ruszyliśmy w dalszą
drogę. Na początku mogliśmy cieszyć się dobrą prędkością i
umiarkowanym ruchem, jednak w miarę zbliżania się do celu
dzisiejszej podróży gęstniał on z każdym kilometrem. Banja Luka
powitała nas sporymi korkami, przez które znowu musieliśmy
przeciskać się na motocyklu, by w końcu dotrzeć do miejsca
naszego noclegu. Wybrany pensjonat znajdował się na sporym wzniesieniu, a droga
obsypana piachem i błotem ze znajdującej się nieopodal budowy nie
ułatwiała podjazdu. Na szczęście obyło się bez niespodzianek i
po chwili zaparkowaliśmy na niewielkim podjeździe. Podczas
wypakowywania gratów zaczęło kropić, nam jednak to nie
przeszkadzało, ponieważ cieszyliśmy się tym, że ominęła nas
jazda w deszczu. Czas potrzebny na kąpiel i uszykowanie się do wyjścia
wystarczył, aby pogoda się poprawiła, więc ruszyliśmy, aby
dowiedzieć się, jakie to banialuki tu na nas czekają. Co prawda
według Wikipedii powiedzenie „opowiadać banialuki” (czyli
zmyślać, mówić głupstwa) wywodzi się nie od tej miejscowości,
a od barokowego utworu z XVII wieku przypisywanego Hieronimowi
Morsztynowi pt. „Historya ucieszna o zacnej królewnie Banialuce ze
wschodniej krainy”. W każdym razie sama nazwa miasta niezmiennie
wywołuje uśmiech na twarzy. Banja Luka zaskoczyła nas swoją wielkością. Nie wiem czemu,
ale wydawało mi się, że to małe, prowincjonalne miasteczko,
tymczasem jest to ponad 135-tysięczny ośrodek i ważne centrum
całego regionu. Stanowi faktyczną stolicę Republiki Serbskiej i
drugie pod względem wielkości miasto w kraju pod względem liczby
mieszkańców. Bośnia i Hercegowina bowiem w obecnej formie
podzielona jest na dwie główne, autonomiczne jednostki
administracyjne – Federację Bośni i Hercegowiny oraz Republikę
Serbską, a także znajdujący się pomiędzy nimi Dystrykt Brczko. Byliśmy już bardzo głodni, więc odnalezienie dobrego miejsca z
kuchnią regionalną było dla nas priorytetem. Nie szukaliśmy długo
– wspierając się opiniami na Google Maps i zapachami
dobiegającymi z wnętrza, zasiedliśmy przy stoliku restauracji „Pod
lipom”, by po chwili zajadać się pljeskavicą z kajmakiem. Ten
prosty, bałkański posiłek był wyśmienity, ale zamiast dodać nam
sił, pozostawił po sobie spory ciężar i nieodpartą chęć
odpoczynku, a nie pieszych wycieczek. Postanowiliśmy jednak podjąć
rękawicę i choć pobieżnie zapoznać się z urokami miasta. Idąc w stronę centrum miasta, przeszliśmy obok niedawno
odbudowanego Meczetu Ferhadija, którego minaret strzeliście wznosi
się ponad okolicznymi zabudowaniami, by głos muezina mógł tym
donośniej roznosić się po okolicy. W tym czasie jednak nie słychać
było charakterystycznego śpiewu dobiegającego z głośników
umieszczonych na szczycie wieży. Odprowadzani jedynie gwarem ulicy, ruszyliśmy w stronę kolejnej
zabytkowej budowli znajdującej się w pobliżu. Twierdza Kastel jest
najstarszym zabytkiem i jednocześnie symbolem miasta. Jej początki
sięgają czasów Imperium Rzymskiego, choć współczesny kształt
zawdzięcza głównie burzliwym wiekom średniowiecza i czasom
panowania osmańskiego, kiedy to stanowiła kluczowy punkt obrony
przed wojskami austriackimi w XVIII w. Weszliśmy za potężne kamienne mury, gdzie panował zaskakujący
spokój, zupełnie odcięty od miejskiego zgiełku. Przestronny
dziedziniec, wyłożony starą kostką i porośnięty trawą,
sprawiał wrażenie miejsca, w którym czas mocno zwolnił. Znikoma
liczba turystów pozwoliła na niespieszny spacer wzdłuż murów i
bezstresowe chłonięcie klimatu tego miejsca. Na terenie twierdzy działa restauracja Kazamat, która również
oferuje lokalną kuchnię, a jej wystrój idealnie nawiązuje do
historycznego charakteru warowni. Z ciekawości sprawdziliśmy w
telefonie wysokie opinie o tym lokalu i przez moment wręcz
pożałowaliśmy, że nie zjedliśmy kolacji właśnie tam, przy
stolikach z widokiem na szmaragdowe wody rzeki Vrbas. Po wyjściu z twierdzy udaliśmy się w kierunku kolejnej
świątyni, tym razem prawosławnej, znajdującej się w czołówce
najpiękniejszych budynków w mieście. Mowa o należącym do
Serbskiego Kościoła Prawosławnego Soborze Chrystusa Zbawiciela,
wzniesionym w stylu neobizantyjskim w latach 1993–2004. Świątynia
jest więc stosunkowo młoda, jednak powstała w miejscu zniszczonej
w trakcie II wojny światowej katedry, z wiernym zachowaniem jej
oryginalnego projektu z 1929 roku. Bryła budynku ze złoconymi kopułami oraz wysoką wieżą
zrobiła na nas ogromne wrażenie. Niestety, kościół był już
zamknięty, więc pozostało nam jedynie podziwiać go z zewnątrz.
Gdy zaczęło delikatnie padać, postanowiliśmy zrezygnować z
pieszego powrotu pod górę i skorzystaliśmy z taksówki. Po chwili
tłumaczenia udało się nam przekazać kierowcy cel naszej podróży
i po kilkunastu minutach byliśmy z powrotem w naszym apartamencie. Padaliśmy ze zmęczenia, ale czuliśmy głęboką satysfakcję z
pokonanych kilometrów i bardzo udanego otwarcia bośniackiego etapu
naszej wyprawy.






















Komentarze
Prześlij komentarz