Życzenie rzucone na wiatr: Bałkański szlak do Grecji na motocyklu. Część 1

 

    Początek podróży jest jak niezapisana kartka. Kolejne kilometry, niczym słowa, układają się w opowieść o przebytych krainach, poznanych ludziach i emocjach. Wypowiedziane niegdyś marzenie wreszcie staje się rzeczywistością, a cel, który dotąd wydawał się zbyt odległy, jest na wyciągnięcie ręki. Kilka lat temu, stojąc na promenadzie w greckim Platamonas, rzuciłem do kolegi: „Fajnie byłoby kiedyś pokręcić się po tutejszych drogach własnym motocyklem”. Wtedy była to tylko luźna myśl. Dziś wiem, że właśnie zaczynam ją urzeczywistniać... 
    Motocykl spakowaliśmy już dzień wcześniej, by nie tracić ani chwili. Poranek przywitał nas fantastyczną pogodą, więc wcześnie rano przekręciłem kluczyk w stacyjce. Ruszyliśmy na południe, w stronę jeszcze cieplejszych promieni słońca. W tym roku nie pokonaliśmy zbyt długich dystansów, więc tranzyt do Bratysławy był trochę sprawdzianem naszego przygotowania i jednocześnie treningiem przed czekającą nas trasą. Odcinek do Lubawki pokonaliśmy bardzo szybko, zatrzymując się tylko po to, by zatankować. Kolejne kilometry, prowadzące przez czeskie prowincje, nie uciekały już tak sprawnie. Najwolniejszym fragmentem tego dnia okazały się jednak czesko-słowackie drogi szybkiego ruchu, na których przedzieraliśmy się pomiędzy autami stojącymi w korku, żałując, że nie wybraliśmy teoretycznie dłuższej opcji „unikaj autostrad”. Z dość dużym opóźnieniem dotarliśmy w końcu do Bratysławy, gdzie znaleźliśmy nocleg w bliskiej odległości od centrum, w „Hotelu Galéria pre sebarozvoj”. Powiedzieć, że wyróżnia się na tle reszty miasta, to jak nic nie powiedzieć. Budowla wprost emanuje ekscentryzmem i sprawia wrażenie, jakby narodziła się w głowie samego Pabla Picassa. Kubistyczna bryła hotelu, jak i jego wnętrze, sprawiają, że można poczuć się tutaj jak wewnątrz dzieła sztuki modernistycznej. Krzykliwe kolory, wszechobecne figury geometryczne oraz drzwi i okna w nietypowych jak na stolarkę otworową kształtach tworzą obraz, który mocno kontrastuje z konserwatywnym podejściem do architektury. Do dyspozycji otrzymaliśmy dwupiętrowy apartament z trzema balkonami, z których rozpościerał się widok na Bratysławę. Rozległa panorama obejmowała m.in. monumentalny pomnik Slavín, upamiętniający żołnierzy Armii Czerwonej poległych podczas wyzwalania miasta, a także Zamek Bratysławski, mosty na Dunaju oraz nowoczesną dzielnicę stolicy. Po kąpieli i przebraniu się w luźne ubrania ruszyliśmy w miasto, aby móc z bliska doświadczyć jego uroków. Niestety, pierwsza z zaplanowanych atrakcji właśnie została zamknięta. Muzeum Transportu, znajdujące się na naszej trasie w stronę centrum, zamyka swoje wrota o godzinie 17:00 – czyli dokładnie wtedy, gdy dotarliśmy pod jego drzwi. Udaliśmy się więc dalej, szukając po drodze jakiejś fajnej restauracji z lokalną kuchnią. Przechodząc obok Ogrodu Prezydenckiego, zajrzeliśmy tam na chwilę – która w zupełności wystarczyła, aby rzucić okiem na przycięte w stylu francuskim żywopłoty oraz alejki spacerowe. Jedna z nich upamiętnia prezydentów krajów odwiedzających Słowację, którzy podczas swojej wizyty sadzili tu drzewa. Nie zabrakło też naszego akcentu – polskiego drzewka, które w 2002 r. posadził Prezydent Aleksander Kwaśniewski. Przy drzewach zasadzonych w tym samym roku nasze wygląda jednak słabiutko... Było chyba mało podlewane ;) Sam Pałac Grassalkovichów, będący siedzibą Prezydenta Republiki Słowackiej, robi dostojne wrażenie, ale z racji tego, że ta część jest oddzielona od reszty parku, nie można było tam swobodnie wejść. Skierowaliśmy więc nasze kroki na starówkę i tak trafiliśmy do „Slovak Pub” – znajdującej się na starówce, klimatycznej knajpki oferującej regionalne specjały. Dania w tej restauracji przygotowywane są z produktów z własnego gospodarstwa rolnego, znajdującego się w odległości około 20 km od Bratysławy. Podobnie serwowane piwo – ono również pochodzi z ich własnego browaru. Wystrój lokalu mocno osadzony jest w historycznym klimacie: drewniane ławy i krzesła pochodzą ze starych kościołów, a na ścianach wiszą obrazy oraz poroża. Całość ma trochę średniowieczny charakter, który ma przenieść gościa w dawne czasy. Zamówiliśmy zupę czosnkową, słowacką misę dla dwóch osób (zawierającą bryndzowe haluszki, bryndzowe pierogi oraz kluski z kapustą podane na drewnianej tacy), a do tego specjalność lokalu – miejscowe piwo. Wszystko było bardzo smaczne, ale drugi raz chyba bym tego nie zamówił – jak na jeden posiłek było tam trochę za dużo bryndzy. Za to zupa czosnkowa, podana w chlebie podobnie jak nasz rodzimy żurek, to była prawdziwa petarda! Po obiedzie przeszliśmy się starówką w stronę wzgórza zamkowego, po drodze zahaczając o sklep z pamiątkami. Wnętrza twierdzy o tej godzinie były już niedostępne dla zwiedzających, jedynie można było wejść na dziedziniec, ale był pusty i nieciekawy. Za to z zabytkowych murów mogliśmy obserwować wspaniałą panoramę stolicy. Widok na Dunaj i most UFO z tej perspektywy w pełni wynagrodził nam trud krótkiego podejścia na zamkowe wzniesienie. Po powrocie do hotelu usiedliśmy na tarasie. Relaksując się po spacerze i planując kolejny dzień, podziwialiśmy miasto, które wraz z zapadającym zmrokiem rozświetlało się kolejnymi lampami, podkreślającymi najważniejsze zabytki stolicy. Zmęczeni całym dniem udaliśmy się w końcu na zasłużony odpoczynek – przecież już rankiem planowaliśmy ruszyć w dalszą drogę. 













    Obudziliśmy się przed piątą i stwierdziliśmy, że szkoda zalegać w łóżku, kiedy za progiem czyha przygoda. Tego dnia do pokonania mieliśmy przeszło 500 km bocznymi drogami przez Węgry i Chorwację aż do Banja Luki w Bośni i Hercegowinie. Wybraliśmy wolniejszą trasę, aby móc z motocyklowej perspektywy poznać tę część Europy. Jak się okazało, pod wieloma względami przypomina ona naszą Wielkopolskę: płaski teren, wybitnie rolniczy charakter oraz zabudowania miasteczek z układem urbanistycznym łudząco podobnym do architektury „kraju podziemnej pomarańczy” (jak pieszczotliwie określa się polskie województwo, w którym pyra stanowi podstawę egzystencji). Jazda lokalnymi trasami nie była być może zbyt ekscytująca, ale pozwoliła zaobserwować zwykłe życie na węgierskiej prowincji, toczące się swoim niespiesznym rytmem. Mijani ludzie, zajmujący się swoimi codziennymi sprawami, od czasu do czasu machali nam przyjaźnie. Długie, proste odcinki i niezbyt urozmaicony krajobraz zawiodły nas do Balatonu, w okolicach miejscowości Keszthely. Nieduży parking przy samym jeziorze był prawie pusty, nie licząc kilku aut i grupy rowerzystów. Stanęliśmy na brzegu tego potężnego akwenu, spojrzeliśmy na szarą wodę oraz muliste nadbrzeże i oboje zgodnie stwierdziliśmy, że szału nie ma. Może przez lata podróży staliśmy się bardziej wybredni, a może to brak słońca potęgował wrażenie ponurego krajobrazu. Fakt faktem, woda absolutnie nie zachęcała do kąpieli – a szczególnie ten skrawek brzegu pokryty szlamem, który pewnie spowodowałby spektakularny fikołek, gdybyśmy chcieli zanurzyć stopy, podwijając jedynie spodnie do kolan. Postanowiliśmy zjeść drugie śniadanie i napić się kawy. Niestety, przyplażowy bar poza kawą nie miał nic ciekawego do zaoferowania, więc pozostało przy małej czarnej i wafelku „Balaton” odsapnąć przed dalszą drogą. Kontynuowaliśmy naszą podróż bocznymi drogami, z uporem maniaka ignorując wszelkie propozycje, które podsuwała nawigacja. Dzięki temu mogliśmy zagłębić się jeszcze bardziej w zakątki rzadko odwiedzane przez turystów. Każde zatrzymanie się w wiejskim sklepie sprawiało, że czuliśmy się wyjątkowo. Pewnie trochę ze względu na nasze motocyklowe ubrania, które w rosnącym upale mocno wyróżniały się na tle skąpo odzianych lokalsów, wnosiliśmy spory element egzotyki do ich codziennej egzystencji. Nasze pojawienie się budziło ciekawość i chęć poznania, a odpowiedź na pytanie, skąd i dokąd zmierzamy, spotykała się z pełnym podziwu i niedowierzania odbiorem – trochę jakbyśmy opowiadali, że planujemy objechać kulę ziemską. Po przekroczeniu granicy z Chorwacją znaleźliśmy się w obszarze Slawonii, czyli zupełnie innej Chorwacji niż ta znana z pocztówek – bez turystycznego zgiełku, szumu fal i skalistych wybrzeży. Zamiast tego powitały nas bezkresne pola, senne wioski i proste, asfaltowe wstęgi, na których ruch był znikomy. Panował tu klimat bardzo zbliżony do opuszczonych przed chwilą Węgier. Im bliżej byliśmy jednak granicy z Bośnią, tym częściej na nudnym, płaskim terenie gdzieniegdzie pojawiały się łagodne wzniesienia zwiastujące zmianę krajobrazu, a architektura i styl życia mieszkańców zyskiwały wyraźniejszy, bałkański rys. Nadal ignorując nawigację, zbliżaliśmy się do przejścia granicznego na rzece Sawie w miejscowości Stara Gradiška. Byliśmy wręcz ucieszeni, że przechytrzyliśmy system, wybierając małe przejście – w końcu w naszym kierunku nie było widać absolutnie żadnych innych pojazdów. Dopiero po chwili zrozumieliśmy, skąd ten pustostan na drodze: most był w trakcie remontu, a granica całkowicie zamknięta. Po zawróceniu spojrzałem na nawigację, która wskazywała półtoragodzinny objazd. Z pokorą przyjąłem jej werdykt i ruszyliśmy we wskazanym kierunku. Jednak po przejechaniu kilku kilometrów zauważyliśmy kierunkowskaz na Banja Lukę, który z kolei był konsekwentnie ignorowany zarówno przez nawigację Garmina, jak i tę w telefonie. Może obie zmówiły się przeciwko nam w akcie zemsty za wcześniejsze lekceważenie ich wskazówek... Wskoczyliśmy więc na trasę szybkiego ruchu prowadzącą wprost do przejścia granicznego. Trasa ta była całkowicie niewidoczna dla naszych urządzeń, według których z autostradową prędkością gnaliśmy środkiem malowniczych pól chorwacko-bośniackiego pogranicza. Ta granica była jednak świetnie znana innym kierowcom, więc swoje musieliśmy odstać, a w pełnym bałkańskim słońcu było to spore wyzwanie. Na szczęście samo przekroczenie granicy okazało się czystą formalnością i po pożegnaniu celników ruszyliśmy w dalszą drogę. Na początku mogliśmy cieszyć się dobrą prędkością i umiarkowanym ruchem, jednak w miarę zbliżania się do celu dzisiejszej podróży gęstniał on z każdym kilometrem. Banja Luka powitała nas sporymi korkami, przez które znowu musieliśmy przeciskać się na motocyklu, by w końcu dotrzeć do miejsca naszego noclegu. Wybrany pensjonat znajdował się na sporym wzniesieniu, a droga obsypana piachem i błotem ze znajdującej się nieopodal budowy nie ułatwiała podjazdu. Na szczęście obyło się bez niespodzianek i po chwili zaparkowaliśmy na niewielkim podjeździe. Podczas wypakowywania gratów zaczęło kropić, nam jednak to nie przeszkadzało, ponieważ cieszyliśmy się tym, że ominęła nas jazda w deszczu. Czas potrzebny na kąpiel i uszykowanie się do wyjścia wystarczył, aby pogoda się poprawiła, więc ruszyliśmy, aby dowiedzieć się, jakie to banialuki tu na nas czekają. Co prawda według Wikipedii powiedzenie „opowiadać banialuki” (czyli zmyślać, mówić głupstwa) wywodzi się nie od tej miejscowości, a od barokowego utworu z XVII wieku przypisywanego Hieronimowi Morsztynowi pt. „Historya ucieszna o zacnej królewnie Banialuce ze wschodniej krainy”. W każdym razie sama nazwa miasta niezmiennie wywołuje uśmiech na twarzy. Banja Luka zaskoczyła nas swoją wielkością. Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że to małe, prowincjonalne miasteczko, tymczasem jest to ponad 135-tysięczny ośrodek i ważne centrum całego regionu. Stanowi faktyczną stolicę Republiki Serbskiej i drugie pod względem wielkości miasto w kraju pod względem liczby mieszkańców. Bośnia i Hercegowina bowiem w obecnej formie podzielona jest na dwie główne, autonomiczne jednostki administracyjne – Federację Bośni i Hercegowiny oraz Republikę Serbską, a także znajdujący się pomiędzy nimi Dystrykt Brczko. Byliśmy już bardzo głodni, więc odnalezienie dobrego miejsca z kuchnią regionalną było dla nas priorytetem. Nie szukaliśmy długo – wspierając się opiniami na Google Maps i zapachami dobiegającymi z wnętrza, zasiedliśmy przy stoliku restauracji „Pod lipom”, by po chwili zajadać się pljeskavicą z kajmakiem. Ten prosty, bałkański posiłek był wyśmienity, ale zamiast dodać nam sił, pozostawił po sobie spory ciężar i nieodpartą chęć odpoczynku, a nie pieszych wycieczek. Postanowiliśmy jednak podjąć rękawicę i choć pobieżnie zapoznać się z urokami miasta. Idąc w stronę centrum miasta, przeszliśmy obok niedawno odbudowanego Meczetu Ferhadija, którego minaret strzeliście wznosi się ponad okolicznymi zabudowaniami, by głos muezina mógł tym donośniej roznosić się po okolicy. W tym czasie jednak nie słychać było charakterystycznego śpiewu dobiegającego z głośników umieszczonych na szczycie wieży. Odprowadzani jedynie gwarem ulicy, ruszyliśmy w stronę kolejnej zabytkowej budowli znajdującej się w pobliżu. Twierdza Kastel jest najstarszym zabytkiem i jednocześnie symbolem miasta. Jej początki sięgają czasów Imperium Rzymskiego, choć współczesny kształt zawdzięcza głównie burzliwym wiekom średniowiecza i czasom panowania osmańskiego, kiedy to stanowiła kluczowy punkt obrony przed wojskami austriackimi w XVIII w. Weszliśmy za potężne kamienne mury, gdzie panował zaskakujący spokój, zupełnie odcięty od miejskiego zgiełku. Przestronny dziedziniec, wyłożony starą kostką i porośnięty trawą, sprawiał wrażenie miejsca, w którym czas mocno zwolnił. Znikoma liczba turystów pozwoliła na niespieszny spacer wzdłuż murów i bezstresowe chłonięcie klimatu tego miejsca. Na terenie twierdzy działa restauracja Kazamat, która również oferuje lokalną kuchnię, a jej wystrój idealnie nawiązuje do historycznego charakteru warowni. Z ciekawości sprawdziliśmy w telefonie wysokie opinie o tym lokalu i przez moment wręcz pożałowaliśmy, że nie zjedliśmy kolacji właśnie tam, przy stolikach z widokiem na szmaragdowe wody rzeki Vrbas. Po wyjściu z twierdzy udaliśmy się w kierunku kolejnej świątyni, tym razem prawosławnej, znajdującej się w czołówce najpiękniejszych budynków w mieście. Mowa o należącym do Serbskiego Kościoła Prawosławnego Soborze Chrystusa Zbawiciela, wzniesionym w stylu neobizantyjskim w latach 1993–2004. Świątynia jest więc stosunkowo młoda, jednak powstała w miejscu zniszczonej w trakcie II wojny światowej katedry, z wiernym zachowaniem jej oryginalnego projektu z 1929 roku. Bryła budynku ze złoconymi kopułami oraz wysoką wieżą zrobiła na nas ogromne wrażenie. Niestety, kościół był już zamknięty, więc pozostało nam jedynie podziwiać go z zewnątrz. Gdy zaczęło delikatnie padać, postanowiliśmy zrezygnować z pieszego powrotu pod górę i skorzystaliśmy z taksówki. Po chwili tłumaczenia udało się nam przekazać kierowcy cel naszej podróży i po kilkunastu minutach byliśmy z powrotem w naszym apartamencie. Padaliśmy ze zmęczenia, ale czuliśmy głęboką satysfakcję z pokonanych kilometrów i bardzo udanego otwarcia bośniackiego etapu naszej wyprawy.














Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI CZĘŚĆ 2

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI CZĘŚĆ 3

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI