WĘGIERSKA WYCIECZKA MOTOCYKLOWA



    Wakacje to czas, w którym prawie każdy weekend kojarzy mi się z mniejszym lub większym wyjazdem motocyklowym. Czasami jest to wypad na zlot motocyklowy innym razem jest to typowe moto - zwiedzanie. Jedną z takich cyklicznych imprez, na którą co roku jeździmy jest "Przystanek Woodstock" czyli "Pol'and'Rock Festival". Impreza przyciąga setki tysięcy ludzi bawiących się w pozytywnej atmosferze przy dźwiękach fantastycznej muzyki. Na kilku scanach występują artyści z Polski i z zagranicy reprezentujący różne gatunki muzyczne, w większości związane z rockiem. Dla miłośników dwóch kółek klub CKM Boanerges organizuje wioskę motocyklową. Zlot przygotowany przez Chrześcijański Klub Motocyklowy dał się nam poznać z jak najlepszej strony. Dbałość o nasze potrzeby wykracza poza standardy przyjęte na tego typu imprezach. Mam tu na myśli sytuację, w której wracasz o 2 w nocy z jakiegoś koncertu i chciałbyś napić się herbaty lub wody, czy zalać gorący kubek, a tam ktoś życzliwy czeka na Ciebie w olbrzymim biesiadnym namiocie, żeby Tobie pomóc. "Synowie gromu" pokazują swoim podejściem i gościnnością jakimi wartościami żyją. To więcej niż słowa. Jednak w tym roku uznaliśmy, że odpuścimy ten festiwal na korzyść wspólnego wypadu motocyklowego. Koncepcja tego wypadu zaczęła kiełkować w naszych głowach już od pewnego czasu. Piotrek ma kuzyna Marcina z okolic Limanowej, który wielokrotnie odwiedzał nasze okolice, również podczas imprez motocyklowych. Podczas każdej wizyty zapraszał nas serdecznie w swoje rejony więc postanowiliśmy, że ułożymy trasę w taki sposób, aby wpaść do niego z rewizytą. Następnie mieliśmy odwiedzić Słowację i Węgry oraz wrócić przez Bieszczady. Ambitny plan jak na 9 dni, tym bardziej, że nadal byliśmy w posiadaniu cruiserów, czyli motocykli, które z racji swoich gabarytów i charakteru nie do końca nadawały się na tego typu wypad. Piotrek i ja od dłuższego czasu nosiliśmy się z zamiarem zmiany motocykli na "turystyki". Czyli sprzęt, który jest wręcz przeznaczony na połykanie bieszczadzkich zakrętów. Pewnego dnia Piotras z Agą zadzwonili z informacją, że właśnie stali się właścicielami osławionego BMW 1200 GS. Cały koncept zaczynał nabierać coraz bardziej realne kształty po telefonie do kuzyna, który był w lekkim szoku, że postanowiliśmy nie jechać na Woodstock tylko w końcu go odwiedzić. Cała nasza ekipa kojarzy mu się bardziej ze zlotami motocyklowymi niż turystycznymi eskapadami więc docenił, że darowaliśmy sobie taką kultową imprezę i wspólnie zawitamy w jego progach.  Zacząłem ostro przeglądać ogłoszenia dotyczące sprzedaży motocykli, niestety nie mogłem namierzyć czegoś wartego uwagi. Postanowiłem, że nie będę kupował na siłę i w ostateczności pojadę Drag Starem. W tym czasie często poruszaliśmy temat wyjazdu podczas spotkań z przyjaciółmi. Kilka osób zainteresowało się koncepcją wspólnej wycieczki i ostatecznie do naszej czwórki mieli dołączyć Leszek z Ewą z Roska oraz Heniek z okolic Stargardu. Na dwa tygodnie przed wyjazdem kupiłem Triumpha Tigera 800 więc szybko musiałem ogarnąć kwestie formalne i techniczne, aby bez przeszkód pojechać nowym sprzętem. Sytuacja z ekipą wyjazdową trochę się skomplikowała ponieważ Lechu miał w pierwszych dniach naszego wyjazdu opłacony pobyt nad morzem, a Piotrek ze względu na swoją pracę, też nie dał rady wyjechać w sobotę. Postanowiliśmy, że pojedziemy tylko z Heńkiem, a reszta dołączy do nas w Młyńczyskach. 

    Wieczorem w przeddzień wyjazdu przyjechał do nas Heniek, abyśmy mogli rano rozpocząć przygodę. Pierwszy etap wycieczki to typowy tranzyt szybkimi drogami S3 i A4. Nic ciekawego o czym można by wspomnieć. Dla mnie był to sprawdzian nowego sprzętu, którego jeszcze nie miałem okazji dobrze poznać. Z autostrady zjechaliśmy na zakopiankę, niestety dość zatłoczoną o tej porze roku. Powolne poruszanie się w korku zabiera dużo z radości jazdy, która opiera się głównie na obserwowaniu innych uczestników ruchu i wymijaniu ich wąskimi przesmykami. Zjechaliśmy zatankować i ustalić dalszą trasę. Po dolaniu "miodu" wyjechałem na drogę, ale w lusterku nie zauważyłem Henia. Zjechałem na przystanek autobusowy i chwilę poczekałem. Niestety nadal nie widać było znajomej sylwetki. Zadzwoniłem do niego i okazało się, że ma jakąś awarię motocykla. Dołączyliśmy więc do niego, aby wspólnie ogarnąć usterkę. Po kilku telefonach mieliśmy już kilka rozwiązań. Znaleźliśmy mechanika, do którego jednak musieliśmy dostarczyć motocykl. Druga opcja to nasz przyjaciel Marcin, do którego właśnie jechaliśmy zadeklarował się, że przyjedzie busem oraz trzecie rozwiązanie to wskazówki od mechanika co warto jeszcze sprawdzić zanim się poddamy. Wybraliśmy 3 opcję. Postanowiliśmy jednak w międzyczasie zjeść w przydrożnym barze, przy którym miał miejsce nasz wymuszony postój. Po posiłku ogarnęliśmy sprzęt, który po odłączeniu akumulatora i sprawdzeniu przewodów nagle zaczął normalnie funkcjonować. Ustawiliśmy nawigację na boczne dróżki, które są zdecydowanie bardziej atrakcyjne niż zatłoczona "Zakopianka" i ruszyliśmy w dalszą drogę. Po zjechaniu z głównej na mniej uczęszczane drogi powrócił uśmiech na twarzy. Przyjemne zakręty i prawie pusta droga sprawiały radość z każdego przebytego kilometra. Nagle pojawiła się tablica "Młyńczyska" oznajmiając zbliżający się koniec dzisiejszej trasy. Zaparkowaliśmy koło kościoła i próbowałem zadzwonić do Marcina niestety brak zasięgu utrudnił komunikację. Wchodzenie na wyższe partie terenu też nie dodały kresek na wyświetlaczu. Postanowiłem spytać w Wiejskim Domu Kultury, w którym przebywało kilka osób. Tam miła Pani udostępniła mi Wifi i dzięki temu mogłem bez problemu połączyć się przez Messengera z Marcinem. Chwilę później zjechał do nas na motocyklu i po przybiciu "piony" i przytulasach udaliśmy się za nim do celu naszej wędrówki. Droga wąska, kręta i kamienista prowadziła nas pod górę, by za chwilę wyprowadzić nas na łąkę z przepięknym widokiem i domem naszego gospodarza. Tam w najlepsze trwała już biesiada. Kuzyn zaprosił swoich przyjaciół motocyklistów z którymi jeździł na bliższe i dalsze wypady organizując prywatny zlot motocyklowy. Fantastyczna niespodzianka. Miło było pogadać o wspólnej pasji i wyprawowych przeżyciach z nowo poznaną ekipą. Gospodarz zakwaterował nas w swoim starym, drewnianym  domu, w którym czuć było w każdym zakamarku historię rodziny.




     Rankiem wszyscy rozjechali się do domów, by chwilę po ich wyjeździe na polankę przed dom wjechał Piotruś z Agą. Leszek z Ewą mieli dojechać dopiero w kolejnym dniu, więc Marcin obwoził nas wesołym busem po swoich terenach. Odwiedziliśmy m.in. Termy Szaflary, kościół św. Michała Archanioła w Dębnie Podhalańskim, wieżę widokową (nie pamiętam już na jakim szczycie) oraz kilka innych fantastycznych miejsc. Było super trochę żałuję, że nie zdecydowałem się pojeździć tam motocyklem, ale wygodniej było po basenach termalnych usadowić się na fotelu w krótkich spodenkach i otworzyć schłodzony bursztynowy napój, zamiast wbijać się w motocyklowe ubranie. No wstyd...wiem. Takie tereny zasługują na większą atencję i nadrobimy to innym razem. Wieczór ten i kolejny (po skompletowaniu całej ekipy wyjazdowej) spędziliśmy wspólnie z rodziną Marcina, która przyjęła nas całym serduchem. Były śpiewy góralskie, tańce i biesiada przy ognisku. Gdyby nie planowany wyjazd z chęcią zostalibyśmy jeszcze kilka dni. Rankiem nadszedł czas pożegnań. Ciężko było wyjeżdżać, ale za progiem czekała kolejna przygoda. 









    Wyruszyliśmy w stronę Piwnicznej Zdroju, 4 motocykle oraz bus raźno pokonywały przyjemne dróżki Beskidu Wyspowego. Malownicze krajobrazy rozciągały się wzdłuż pokonywanej trasy wywołując uśmiech na naszych twarzach. Po przejechaniu mostu nad rzeką Poprad znaleźliśmy się w Słowacji. Po pewnym czasie w oddali mogliśmy zobaczyć  panoramę Tatr, a chwilę później na widnokręgu ukazały się Góry Straceńskie czyli Słowacki Raj. Był to cel naszej dzisiejszej podróży. Po drodze chcieliśmy jeszcze odwiedzić kilka ciekawych miejsc. Jednym z nich był Zamek Lubowla, do którego właśnie się zbliżaliśmy. Po zaparkowaniu naszych pojazdów na wyznaczonym parkingu czekała nas kilkunastominutowa droga do warowni. Ta XIII-wieczna twierdza usytuowana w bliskiej odległości od Polski powiązana jest z losami naszego państwa. To tutaj król węgierski Zygmunt Luksemburczyk spotkał się  z królem polskim Władysławem Jagiellończykiem, podpisując układ o przyjaźni i pokoju, a w czasach wojny szwedzko-polskiej w zamku ukryto polskie klejnoty koronacyjne. Ze ścieżki wiodącej na zamkowy dziedziniec warownia robi monumentalne wrażenie. Wiedziałem, że jeżeli zdecydujemy się na zwiedzanie to zajmie nam to kilka godzin. Podobne zdanie miała cała ekipa więc odpuściliśmy sobie eksplorację tego obiektu i po kilku wspólnych zdjęciach wróciliśmy do motocykli. Trasa "szyta" na spontanie, więc stojąc na parkingu ustaliliśmy kolejny przystanek w Kieżmarku. Jak podpowiadał "wujaszek" Google był tam kolejny zamek warty odwiedzenia. Po pół godzinnej przejażdżce dotarliśmy do tego niewielkiego miasteczka. Odrestaurowana XV-wieczna warownia,  która pełniła kiedyś ważną rolę na szlaku handlowym, łączącym Orient z północną Europą dziś jest istotnym miejscem kulturalnym Spiszu. Obecnie odbywają się tutaj wystawy, koncerty oraz spektakle. Na obszernym dziedzińcu ustawiona jest scena oraz drewniane ławeczki, które czekają na kolejny występ. Weszliśmy na podwórzec zamku i zrobiliśmy kilka wspólnych pamiątkowych fotek. Na większe zwiedzanie nie było chętnych więc ruszyliśmy w dalszą drogę. Po drodze zatrzymaliśmy się na obiad w miejscowości Smižany. Restauracja Vyšná ma klimatyczny wystrój, miłą obsługę oraz przystępne ceny. Wybrane danie jednak nie do końca trafiło w mój gust, ale za całokształt duży plus. Po obiadku rozkołysaliśmy pełne brzuchy na winklach Słowackiego Raju. Droga 533 w stronę Dedinky oferuje sporo pięknych zakrętów, i przyzwoitą nawierzchnię, dzięki którym ten odcinek drogi Narodowego Parku Słowacji pokonujemy z prawdziwą ekscytacją. Kręta dróżka zaprowadziła nas do sztucznego zbiornika wodnego o nazwie Palcmanská Maša, przy którym znaleźliśmy pięknie położony camping. Pomimo trudności ze znalezieniem kawałka płaskiego terenu na postawienie namiotu, miejsce jest niesamowite. Widok na jezioro i otaczające góry z naszego obozowiska był zachwycający. Ustawiliśmy namioty w taki sposób, aby rankiem móc podziwiać ten pocztówkowy krajobraz. Temperatura tego dnia przekraczała 30 stopni więc ciężko było uwierzyć parze Słowaków, którzy powiedzieli Heńkowi, że nocki są bardzo zimne. Przyjęliśmy tą wiadomość z pobłażliwym uśmiechem. Wieczorem wszyscy mieliśmy już założone bluzy i siedzieliśmy u Marcina w busie. W nocy okazało się, że poznani turyści wcale nie przesadzali. Letnie śpiwory, które wybrałem na ten wyjazd nie chroniły przed niską temperaturą. Nad ranem temperatura spadła jeszcze bardziej. Wyszedłem z namiotu do toalety i zauważyłem, że trawa skrzy się w świetle latarni. Popatrzyłem na jezioro, nad którym pojawiła się poranna mgła i w głowie pojawił się szalony pomysł letniego morsowania. Chwyciłem ręcznik i niewiele się zastanawiając poszedłem popływać. Woda była bardzo rześka, ale po powrocie do namiotu było mi już na tyle ciepło, że bez problemu udało mi się w końcu zasnąć.









    Wschodzące słońce pobudziło słupek rtęci termometru, który gwałtownie powrócił do letnich wartości. Pakowanie ekwipunku odbywało się więc już w prawdziwie letniej aurze. Szkoda było wyjeżdżać, bo to klimatyczne miejsce oraz piękna pogoda zachęcały do dłuższego pobytu. Mieliśmy jednak w planach skoczyć na lampkę wina do Tokaju więc  pomimo pokusy pozostania nad Słowackim jeziorem udaliśmy się dalej na południe. Kilka pięknych zakrętów przypomniało nam wczorajszą radochę z jazdy. Coraz bliżej  węgierskiej granicy teren się wypłaszczał i zniknęły przyjemne dla oka górzyste krajobrazy. Ich miejsce zajęła otwarta przestrzeń przypominająca westernową scenerię bezkresnej prerii. Węgry przywitały nas wąską, dziurawą dróżką, która na szczęście po kilku kilometrach zamieniła się już w całkiem przyzwoitą trasę wiodącą przez rozległe tokajskie winnice. Nocleg znaleźliśmy w pensjonacie Gyepszél zarządzanym przez fantastycznych gospodarzy. Duże, klimatyzowane, przestronne apartamenty z kuchnią i łazienką w pełni zasługują na pięć gwiazdek. Właściciel podarował nam tokajskie wino i kilka piw za co odwdzięczyliśmy się winem z zielonogórskiej winnicy, które uprzednio było podarunkiem dla Marcina. Przyjaźń polsko-węgierska została zacieśniona. "Polak, Węgier, dwa bratanki... napisał w translatorze gospodarz i z uśmiechem poklepał mnie po plecach. Całą wesołą kompanią poszliśmy wzdłuż rzeki Cisy w stronę centrum miasteczka. Po drodze zatrzymaliśmy się na obiad w restauracji Bonchidai Csárda oferującą między innymi kuchnię regionalną. Lokal godny polecenia ze względu na dobrą obsługę oraz smaczne i duże porcje. Przyjemnie było usiąść przy dużym stoliku na tarasie i wspólnie z przyjaciółmi celebrować tą chwilę. Dla większości z nas była to najdalsza wycieczka motocyklowa więc było co świętować. Po obiedzie udaliśmy się na dalszą eksploatację Tokaju. Pomimo remontu, miasteczko zrobiło na nas bardzo pozytywne wrażenie. Maleńkie restauracje - winiarnie oferujące miejscowe trunki tworzą swoisty klimat. Weszliśmy do jednego z takich lokali obsługiwanego przez starsze małżeństwo. Wybór win z regionu tokajskiego był bardzo duży, więc chwilę zajęło nam wytłumaczyć nasze winiarskie preferencje. Na szczęście nasze znajomości lingwistyczne wystarczyły do takiej komunikacji. Połączyliśmy stoliki i nastąpiły kolejne toasty za pomyślność wyprawy.










    Rankiem podczas pakowania gratów, uzgodniliśmy dalszą część naszej wycieczki. Rozważaliśmy czy powałęsać się jeszcze po Węgrzech czy pośmigać po górskich serpentynach. Padło na Bieszczady, w których również większość z nas, na motocyklach jeszcze nie była. Miejsce kultowe, tzw. mekka motocyklistów, raptem 200km drogi od Tokaju. Do tego udało mi się namierzyć nocleg w rewelacyjnej cenie w Schronisku Młodzieżowym w Jabłonce niedaleko Baligrodu na Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej. Pożegnaliśmy naszych miłych gospodarzy i udaliśmy się na północ. Pomimo tak krótkiego pobytu i niezbyt interesujących motocyklowych dróżek Węgry urzekły mnie serdecznością, otwartością ludzi, wspaniałymi winnicami oraz smaczną kuchnią. Kraj ten zainteresował mnie na tyle, że chętnie wpadnę tu na dłużej. Wyjeżdżając z Tokaju zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej dolać miodu do baku i przy okazji kupiliśmy pamiątkowe naklejki na kufry. Tranzyt przez Słowację zajął nam ok. 3 godzin. W tej części kraju proste drogi ciągną się po horyzont, na krańcu którego z każdym mijanym kilometrem pojawiały się nasze upragnione Bieszczady. Po minięciu tablic oznajmujących, że wróciliśmy na łono ojczyzny i przejechaniu kilku przyjemnych zakrętów, zatrzymaliśmy się przy Ekomuzeum Węgla Drzewnego. Z ciekawości wpadliśmy tam na moment, ale wszyscy byli na tyle głodni, że nie zdecydowaliśmy się na dłuższe zwiedzanie. Ruszyliśmy w stronę Cisnej, aby zjeść obiad w karczmie Siekierezada. Miejsce to ze względu na bardzo dobrą kuchnię regionalną, klimatyczny wystrój oraz organizowane tutaj wydarzenia kulturalne stało się ważnym punktem na mapie Bieszczad, które warto odwiedzić. Pomimo wakacji udało się nam znaleźć kilka wolnych miejsc dla naszych motocykli przy samym wejściu do lokalu. Nie wiadomo skąd, nagle pojawiła się Boska z Papajem oraz pozostała ekipa motocyklistów ze Szczecina. Wybrali się polatać po bieszczadzkich pętlach i właśnie szykowali się w dalszą podróż. Bez wcześniejszego umawiania się, na pełnym spontanie takie spotkanie ... i do tego przyjaciele aż z drugiego końca Polski. Nastąpiła niczym nieskrępowana ceremonia powitalna,  przytulaski, piąteczki oraz pamiątkowe zdjęcia. Po ich odjeździe weszliśmy do karczmy i o dziwo znaleźliśmy wolne stoliki. Chwilę co prawda musieliśmy odstać w kolejce, ale warto było. Poza tym wystrój lokalu nawiązujący do biesów - diabłów, związanych z miejscowymi legendami, jest na tyle ciekawy, że czas w oczekiwaniu na złożenie zamówienia szybko mija. Po smacznym posiłku udaliśmy się do Jabłonki zameldować się w schronisku. Zaczęło lekko kropić. Na szczęście było już blisko naszego noclegu. Była jeszcze stosunkowo młoda godzina, ale prognoza pogody na popołudnie nie zapowiadała się ciekawie. Trochę pokrzyżowało to nasze plany. Chciałem namówić całą ekipę, aby wybrać się na rejs statkiem po Solinie. Płynęliśmy wspólnie z Ulą kilka lat wcześniej i bardzo nam się to spodobało. Poza tym poznaliśmy wtedy fantastycznego kapitana, który wyglądem przypominał trochę starego pirata. Siedząc wtedy z nim i gadając na przednim pokładzie pomyślałem, że fajnie byłoby kiedyś popłynąć jego łajbą z naszymi przyjaciółmi.  Teraz byliśmy tu wspólnie, ale niestety trzeba było odpuścić. Jeszcze w czasie obiadu napisał do mnie Gozbi (mój sąsiad) wracający właśnie z Odessy z pytaniem - gdzie jesteśmy? Wysłałem mu pinezkę i po południu dołączył do naszej kompanii. Pogoda nie polepszyła się i do wieczora zmieniała się tylko intensywność opadów. 








    Na szczęście rankiem się wypogodziło i mogliśmy wyruszyć na Wielką Pętlę Bieszczadzką. Trasa o długości ok 140km wiedzie malowniczo położonymi asfaltowymi drogami wijącymi się przez górzyste tereny Bieszczad. Dlatego też ta droga przyciąga wielu motocyklistów, którzy przyjeżdżają tu pośmigać po przyjemnych winklach. Po drodze zatrzymaliśmy się między innymi w cerkwi grekokatolickiej pw. Św. Paraskewy oraz kościele Rzymskokatolickim pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w dawnym budynku cerkiewnym. Będąc w tej części Polski warto odwiedzić kilka drewnianych kościołów będących na szlaku architektury drewnianej. Jest to część historii tego regionu i aby móc bardziej poczuć klimat tego miejsca trzeba poznać jego duchową stronę. Zatrzymaliśmy się też na kilku miejscach widokowych zrobić pamiątkowe fotki. Jadąc bieszczadzkimi trasami to droga staje się celem. Kolejne zakręty, malownicze krajobrazy, pasące się zwierzęta oraz mijane zabudowania, wszystko to wtapia się w obraz całości. Tego typu chwile chłonie się wszystkimi zmysłami, by każda cząstka człowieka mogła w pełni tego doznać. Po pokonaniu Wielkiej Pętli i powrocie do naszej bazy wypadowej, wybraliśmy się na obiad do pobliskiej restauracji "We mgle i w szkle". Heniek stwierdził, że chętnie zje ponownie w "Siekierezadzie" więc wskoczył na Gs-a i wrócił do Cisnej. Podczas posiłku rozważaliśmy czy skorzystać z tego, że mieliśmy do dyspozycji dwa auta i "na luźno" mogliśmy wybrać się na Solińską tamę, czy ponownie wbić się w ciuchy motocyklowe i pokonać tą trasę na dwóch kółkach. Prognoza pogody na wieczór przewidywała możliwość opadów więc to przekonało nas do odwiedzenia tamy na leniucha. Poza tym mieliśmy chęć popływać w jeziorze Solińskim i wygodniej było wybrać się tam w letnich ubraniach. Trochę niefortunnie wybraliśmy miejce do kąpieli, ponieważ aby dotrzeć do jeziora musieliśmy pokonać stromą skarpę. Jak się później okazało mogliśmy popływać bliżej tamy w zdecydowanie lepszych warunkach. Zapora robi niesamowite wrażenie. Jest to największa tego typu budowla w Polsce. Spiętrza wody Sanu tworząc sztuczny akwen o powierzchni ok 22km². Rozciąga się stąd piękny widok na okolicę, a jezioro dodaje scenerii specyficznego uroku. 
Idąc przez tamę spotkaliśmy Heńka w towarzystwie jakiegoś innego motocyklisty, którego poznał w Siekierezadzie. Zbierało się na deszcz więc nowo poznanego kolegę zaprosiliśmy, aby dołączył do naszej ekipy w schronisku. Kamil, jako mieszkaniec województwa podkarpackiego, który wybrał się na spontaniczną przejażdżkę, nie miał jeszcze zapewnionego noclegu, w związku z czym chętnie skorzystał z zaproszenia. W drodze powrotnej do Jabłonki zaczęło padać więc chłopaki trochę zmoknęli, nam tym razem się udało. Po dotarciu do kwatery Kuzyn i Róża pożegnali wszystkich i udali się w drogę powrotną do Młyńczysk. Reszta ekipy spędziła wieczór na pożegnalnej imprezce, podczas której była okazja pogadać z Kamilem o wspólnej pasji motocyklowej. Prognozy pogody nie pozostawiały złudzeń. Kolejne dwa dni zapowiadały się intensywne opady deszczu, które na dobre miały się rozpocząć ok.9. Zapadła wspólna decyzja o powrocie do domów. Rankiem spakowaliśmy graty i rozpoczęliśmy ostatni etap wycieczki. Chwilę po wyjeździe nastąpiło oberwanie chmury co zmusiło nas do chwilowego postoju na przystanku autobusowym. Nie było sensu czekać, aż całkiem przestanie, więc gdy tylko zmniejszyła się intensywność opadu ruszyliśmy w dalszą drogę. Deszcz z różnym natężeniem towarzyszył nam prawie do Opola. W mokrych lusterkach nie udało mi się mieć na oku wszystkich motocykli więc pogubiliśmy się i stopniowo nasza ekipa zmniejszyła się do składu w jakim rozpoczynaliśmy naszą podróż. Fakt, że jak na te warunki jechaliśmy zbyt żwawo, a strugi deszczu tworzyły chmurę za nami, w której bardzo ciężko było utrzymać wspólne tempo. Na drodze S3 wypogodziło się zupełnie i zmalało też natężenie ruchu. W takich warunkach przyjemnie było pokonywać ostatnie kilometry naszej wycieczki. 
















Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI CZĘŚĆ 2

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI CZĘŚĆ 3

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI