Kilka lat temu wybraliśmy się w pierwszą, tak daleką wtedy dla nas podróż motocyklową. Plan wyprawy opracowany podczas jesienno-zimowych wieczorów obejmował północno-wschodnie rejony naszego pięknego kraju. Region ten znany nam jedynie z programów krajoznawczych i opowieści wydawał się bardzo odległy i dziki. Mieszkamy w Zielonej Górze, więc aby dostać się na wschodni kraniec Polski trzeba pokonać dość długi dystans. Staraliśmy się jak najlepiej przygotować motocykl oraz nasze bagaże do tej eskapady. Po spakowaniu całego majdanu motocykl wyglądał trochę jak koń z dzikiego zachodu mający przemierzać bezkresną prerię. Dla mojej żony Uli był to też swoisty egzamin z doboru najpotrzebniejszych części garderoby oraz innych nieodgadnionych przez męską część populacji przedmiotów, które miały zmieścić się do skórzanych sakw naszego Drag Stara. Muszę przyznać, że zdała go celująco. Pakując się na dwutygodniową podróż trzeba uwzględnić w miarę możliwości wszelkie okoliczności, które potencjalnie mogą nas spotkać w drodze. Zawsze pakuję sprzęt campingowy, który umożliwia nam większą elastyczność w wybieraniu noclegów. Nie zawsze wiadomo, czy zaplanowana na dany dzień marszruta nie okaże się niemożliwa do wykonania w zamierzonym czasie lub być może spotka nas jakaś ciekawa przygoda, sytuacja, która zachęci nas do pozostania na noc w jakimś nieplanowanym miejscu. Opcja rozbicia namiotu może okazać się zbawienna. Całość trasy podzieliłem na odcinki umożliwiające poznanie, choć częściowe, mijanych zakątków Polski. Pierwsza część wyprawy przebiegała przez znaną już wielkopolskę, więc pokonaliśmy ją bez zbędnych postojów by dotrzeć do Biskupina. Miejsce to jest jednym z najważniejszych odkryć historycznych XX wieku więc stało się oczywistym punktem na naszej trasie. Gród udostępniony do zwiedzania jest drewnianą rekonstrukcją osady z zamierzchłych czasów, umożliwiającą poznanie życia naszych przodków zasiedlających te tereny już od wielu tysięcy lat. Na miejscu można zwiedzić muzeum, w którym eksponowane są znaleziska z różnych okresów istnienia osady. Mnie najbardziej zainteresowały stanowiska twórców ludowych prezentujących zapomnianą sztukę oraz pradawne rzemiosła. Opuszczamy rezerwat archeologiczny by uciec przed zbliżającym się deszczem. Coraz ciemniejsze chmury towarzyszyły nam do Torunia. W recepcji odebrałem klucze do pokoju oraz instrukcję dotyczącą parkingu znajdującego się pod wybranym dzień wcześniej hotelem. Podczas rozpakowywania motocykla słychać było łoskot wody. Brzmiało to tak, jakby w tym hotelu był basen z atrakcjami wodnymi. Było to jednak oberwanie chmury, tak intensywne, że momentalnie ulice miasta spłynęły deszczówką. Mieliśmy farta, że udało się nam dotrzeć do bezpiecznego schronienia. Chwilę później rozpogodziło się więc po odświeżeniu się ruszyliśmy na podbój jednego z najpiękniejszych miast w Polsce. Toruń oferuje masę zabytków architektury, muzea oraz niezliczoną ilość sklepików z piernikami. Miasto ma swoisty klimat, odwiedzane jest przez miliony ludzi chcących zatopić się w jego atmosferze. Korzystając z mapy google znaleźliśmy fajną karczmę na starówce. Menu "Gęsiej szyi" opiera się głównie na tradycyjnej kuchni polskiej. Mająca bardzo dobre opinie knajpka przyciąga pod swój dach ludzi kultury, sztuki oraz biznesu o czym świadczą liczne fotografie zamieszczone na ścianach wzdłuż schodów prowadzących do restauracji. Po fantastycznym posiłku udaliśmy się na bulwar nadwiślański. Niedaleko mostu stoi na brzegu łódka upamiętniająca nagrywany tutaj, kultowy film "Rejs". Przy brzegu zaś zacumowane są barki pełniące funkcje gastronomiczno-rozrywkowe. Na górnym pokładzie rozstawione są leżaki, na których można odpocząć oglądając wyświetlane tam filmy. Chillout tego miejsca jest fenomenalny. Wieczorne miasto Kopernika, podświetlone, gwarne, pachnące piernikiem, dostarcza zmysłom kolejnych doznań. Wiem, że nie jest to nasz ostatni raz w tym miejscu, które przyciąga jak magnes. Krzyżacki zamek w Toruniu był preludium do kolejnego dnia, w którym planowaliśmy zdobycie kilku twierdz Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie.






Nie miałem sprecyzowanego wyboru zamczysk do zwiedzania, ale często to zbieg wydarzeń powoduje, że nasze drogi prowadzą właśnie do tej a nie innej lokalizacji. Tak było i przy tej okazji. Jeszcze w Zielonej Górze, wychodząc z domu spotkaliśmy sąsiada, który widząc nas obładowanych jak wielbłądy zapytał gdzie się tym razem wybieramy. Opowiedziałem mu pokrótce plan wyprawy. Okazało się, że pochodzi z województwa kujawsko-pomorskiego i jego wspomnienia przepełnione są wakacyjnymi wycieczkami po tamtym terenie. Golub-Dobrzyń był jedną z twierdz, o których nam opowiedział. Widząc więc znak drogowy kierujący do niej w ułamku sekundy skierowałem motocykl na trasę prowadzącą na zamkowy parking. Przestrzeń wokół warowni wygląda jakby niedawno zakończył się turniej rycerski. Jak się okazało, nie był to tylko element dekoracyjny. W tym miejscu od czterech dekad organizowane są turnieje rycerskie. Jedna z wystaw poświęcona była tym zawodom. Fotografie ukazujące pełnych pasji rycerzy rozgrywających swe potyczki na błoniach zamkowych. Szczerze powiem, że to właśnie ta ekspozycja najbardziej zapadła mi w pamięć. Wygląda na to, że bardziej interesują mnie ludzkie emocje, relacje, odczucia niż muzealne artefakty. Przez Brodnicę oraz inne miasteczka pamiętające krzyżackie czasy przejechaliśmy tranzytem, zatrzymaliśmy się dopiero na zamku w Nidzicy, ale nie mając ochoty na zwiedzanie napiliśmy się jedynie kawy na jego dziedzińcu. Podczas tego postoju uzgodniliśmy miejsce na nocleg. Padło na pole namiotowe nad jeziorem Śniardwy. Jest to największy akwen w Polsce mający blisko 100km linii brzegowej. Po drodze znalazłem fajny lokal gastronomiczny o nazwie "Remiza". Jedzonko zaproponowane przez szefa kuchni - peterda. Pierwszy raz miałem możliwość spróbować placki ziemniaczane z kawałkami ryby, brzmi pewnie dziwnie, ale smakuje wyśmienicie. Pole namiotowe trochę na uboczu, ale tego szukaliśmy, kameralności i klimatu. Liczyłem, że tam odnajdziemy ducha mazurskich jezior. Ludzie których spotkaliśmy w tym magicznym miejscu sprawili, że dostałem to czego szukałem w obfitości. Pobyt w hotelu nie daje możliwości tak pełnego poznania. Cztery ściany i zamknięte drzwi stanowią barierę, która izoluje mieszkańców i ogranicza relacje. Na campingu są bardziej otwarci na kontakt z drugim człowiekiem. Można przyrównać to do takiej pierwotnej wspólnoty plemiennej. Ognisko tworzy swoistą atmosferę, która wpływa na wszystkich biesiadników. Blask odbijający się od zapatrzonych w płomień twarzy dodawał magii tej chwili, a piosenki przy akompaniamencie dwunasto-strunowej gitary budowały więź między zgromadzonymi ludźmi. Integracja przy ognisku, szanty, śpiew, taniec i rozmowy do późnych godzin wieczornych.






Rankiem nie chciało ruszać się w dalszą podróż, ale z drugiej strony droga wzywała. Byliśmy trochę rozbici pomiędzy chęcią spędzenia kolejnych chwil w tak fantastycznym towarzystwie, a ciekawością co czeka nas w dalszej podróży. Kontynuując naszą motocyklową wędrówkę wyruszyliśmy w stronę wschodzącego słońca. Na drodze co jakiś czas pojawiały się znaki "UWAGA ŁOSIE" albo "JEDŹ ŁOŚTROŻNIE". Mijając więc bujne lasy Biebrzańskiego Parku Narodowego zacząłem bardziej niż zwykle spoglądać na pobocze i obserwować ściany puszczy. Pierwszy przystanek - Twierdza Osowiec, niestety okazała się niewypałem, ponieważ tego dnia nie można było jej zwiedzić. Na szybko postanowiliśmy zobaczyć chociaż niektóre zabudowania militarne, o których dowiedzieliśmy się od strażnika. Był to jednak drugi niewypał ponieważ nie udało nam się ich odnaleźć w magicznym biebrzańskim lesie. Zrobił on jednak na nas ogromne wrażenie. Bez ingerencji człowieka bór wygląda niesamowicie Różnorodność gatunków roślin z którego słynie ten rezerwat, a w szczególności ogromne połacie mchów wyściełających podstawę lasu zielonym kobiercem wryły się w naszą pamięć. Niestety maszerowaliśmy w butach motocyklowych, które nie nadają się do pieszych wędrówek po leśnych ostępach. Moja żonka boleśnie otarła stopę więc wróciliśmy niepocieszeni do motocykla. Kolejnym punktem programu była osada znajdująca się w sercu biebrzańskiego lasu. Zamieszkuje ją jedna osoba, jest nią Pan Krzysztof Kanewczyński znany jako Król Biebrzy. Dostać się do tego miejsca nie jest tak łatwo, szczególnie na motocyklu typu cruiser. Kilku kilometrowy odcinek leśnej drogi został jednak pokonany i oczom naszym ukazał się przepiękny zakątek. Czas zatrzymał się tutaj tworząc to miejsce tak wyjątkowym. Nie dziwi więc, że spokój i harmonia panująca w Budach tak silnie przywiązała jego mieszkańca do tej ziemi. Miałem ochotę porozmawiać z Panem Krzysztofem, jednak miał innego gościa, którego oprowadzał po swoim królestwie. Nie chcąc mu przeszkadzać, po zjedzeniu wspólnie z jego watahą psów drugiego śniadania udaliśmy się w dalszą drogę. Nawigacja prowadziła nas tak nieoczywistymi trasami, że momentami powątpiewałem w jej prawidłowe działanie. Mapa w komórce potwierdzała jednak obrany kurs. W końcu szutrowa droga zmieniła się w asfalt (nie ważne, że trochę dziurawy), dzięki temu mogłem zwiększyć prędkość, bo planowaliśmy jeszcze tego dnia zwiedzić Białystok. Czas mijał nieubłaganie, moje kreowanie trasy przed komputerem okazało się zbyt optymistyczne. Drogi, którymi przemierzaliśmy Podlasie były przeznaczone na motocykl typu adventure, a nie mój dostojny krążownik szos. Pomimo niedogodności dotarliśmy późnym popołudniem do hotelu w Białymstoku. Wiadomym już było, że tylko niektóre z planowanych punktów zostaną zaliczone. Wizytówką miasta jest Pałac Branickich, więc właśnie tam skierowaliśmy nasze pierwsze kroki. Weszliśmy od strony pałacowych ogrodów, które uważam za naprawdę warte obejrzenia. Podlaski Wersal jednak właśnie zamknął swoje wnętrza i nie dane było nam go zwiedzić. Pozostało nam zapoznać się z regionalną kuchnią wschodniej Polski. Na starówce znaleźliśmy małą restaurację serwującą miejscowe specjały. Klimat taki trochę PRL, ale jedzenie smaczne, a to jakby nie było, jest najważniejsze. Stary rynek wygląda zupełnie inaczej, niż się spodziewałem, przypomina raczej rozległą promenadę niż klasyczne stare miasto. Ta przestrzeń ma swój urok. Olbrzymi budynek "PSS Społem" budzi nostalgię, szkoda że też był nieczynny już o tej godzinie. Wracając do hotelu na zasłużony odpoczynek zauważyliśmy na budynkach kilka fantastycznych murali. Ten rodzaj sztuki wprowadza niewątpliwy koloryt w szare blokowiska. Artyści uczą, bawią, a przede wszystkim zachęcają do refleksji. Jak się później dowiedziałem istnieje mapa turystyczna murali w Białymstoku. Może kolejnym razem trzeba będzie więcej czasu poświęcić na tą swoistą wystawę plenerową. Podsumowując dzień - wiele z wcześniej zaplanowanych atrakcji nie udało się sfinalizować. Zły dzień tygodnia, za późna godzina, niewłaściwe obuwie...Istnieje tyle rzeczy, które mogą wpłynąć na naszą podróż negatywnie. Tylko wewnętrzny spokój oraz otwartość na napotkaną rzeczywistość i otaczających nas ludzi nie pozwoli zniszczyć naszej wędrówki. Motocykl właśnie tak na mnie działa. Mam większy dystans i cieszę się chwilą. Plan wyprawy jest tylko szkicem, na którym życie i nasze chwilowe decyzję nanoszą poprawki kreując naszą "drogę".






Codzienny poranny rytuał - śniadanie, kawa, szybkie pakowanie i w drogę. Z dnia na dzień nabieramy większej wprawy. Pakowanie majdanu zajmuje nam coraz mniej czasu. Każda rzecz odnajduje swoje miejsce jak swoista układanka, klocek Lego. Opuszczamy miasto by poznać - doświadczyć prawdziwego Podlasia. Cerkwie, drewniane domy z kolorowymi okiennicami, meczety, żubry, łosie i cokolwiek nas może tam jeszcze spotkać. Jesteśmy gotowi. Kilka dni w trasie wprowadziło nas w ten stan. Nie żyjemy już pracą, ale przygodą. Zbieramy wszystko co dane nam jest doświadczyć. Jadąc w stronę Hajnówki, zatrzymałem się na chwilę w mijanej wiosce. Obok posesji stała starsza kobieta ze strunową siatką z cebulą. Ten czas, to miejsce spowodowały, że miałem ochotę z nią porozmawiać. Zapytała skąd jesteśmy, odpowiedziałem, że z Zielonej Góry. Na to Ona, że jej syn mieszka niedaleko bo w Zgorzelcu, jest księdzem. Po krótkiej rozmowie pobłogosławiła nas na dalszą drogę. Lubię takie szczere spotkania w trasie, dzięki nim mamy okazję poznać innych ludzi. Nie szufladkować, nie przyklejać łatek, ale po prostu doświadczyć. Otwartość często pomaga wkroczyć do miejsc gdzie nie zawsze można wejść. Tak było też w Hajnówce. Zatrzymaliśmy się na parkingu przy Soborze Świętej Trójcy. Niestety kościół był zamknięty więc po zrobieniu kilku zdjęć wracaliśmy do motocykla, po drodze spotkaliśmy 3 osobową rodzinkę, z którą zamieniliśmy kilka zdań. Powiedzieli, że mimo wszystko spróbują zwiedzić cerkiew. Mijając płot kościelny usłyszeliśmy, że ktoś nas woła. Okazało się, że to właśnie napotkana rodzinka, wynegocjowała z zakonnicą sprzedającą w parafialnym sklepie z dewocjonaliami możliwość zwiedzenia świątyni. Wróciliśmy więc i w kameralnym gronie obejrzeliśmy wnętrze Soboru. Siostra zakonna podczas prezentacji opowiedziała o niektórych obrządkach religii prawosławnej oraz róźnicach pomiędzy odłamami chrześcijaństwa. Na wschodzie kraju ten obrządek mocno spleciony jest z historią regionu oraz jego mieszkańcami. Stanowią one dodatkowy koloryt wschodniego krajobrazu Polski. Mijając niespiesznie kolejne wioski i miasteczka nie sposób nie zauważyć pastelowych budynków sakralnych o charakterystycznym kształcie. Chcąc bliżej poznać ten rejon kraju należy odwiedzić przynajmniej jedną cerkiew prawosławną oraz meczet (najlepiej, jeżeli czas pozwoli to kilka). Kolejnym dużym punktem na naszej mapie drogowej była Białowieża. Będąc tam nie wypada nie spotkać się z żubrem i łosiem, którym straszyli nas już od Mazur. Ponadto w Rezerwacie Pokazowym Żubrów można spotkać innych mieszkańców jak: wilki, rysie, dziki, koniki polskie oraz żubronia tzn. krzyżówkę żubra z bydłem domowym. Po ok. godzinnym spacerze po ogrodzie postanowiliśmy pojechać dalej i zwiedzić Cerkiew św. Mikołaja i Dworek Gubernatora. Niestety prowadzone prace drogowe i konieczny objazd skutecznie nas do tego zniechęciły. Była też opcja zajechać leśną drogą do "Miejsca Mocy", które zdaniem parapsychologów wyróżnia się silną energią i brakiem zasięgu telefonii komórkowej. Brak kresek w komórce (właściwie już od Biebrzy) nie był jakimś nadzwyczajnym zjawiskiem, a nadprzyrodzonych mocy pewnie i tak bym nie poczuł więc odpuściłem off road przez białowieską puszczę. Jazda terenowa jednak była nieplanowanym elementem dalszej naszej wycieczki. Siedząc przed mapą i ustalając trasę nie zawsze sprawdzam rodzaj nawierzchni i stan drogi. Mieliśmy więc możliwość doznać ekstremalnej drogi prowadzącą przez Puszczę Knyszyńską, która mocno zweryfikowała mój sposób planowania trasy. Nauka na przyszłość. Na szczęście pomimo opóźnienia zdążyliśmy do meczetu w Kruszynianach. Drewniana świątynia będąca najstarszym zachowanym meczetem tatarskim w Polsce udostępniona jest dla turystów. Wprowadza pewien element egzotyki w Podlaski pejzaż. Przed wejściem do wnętrza należy ściągnąć obuwie. Sympatyczny przewodnik Dżemil (potomek tatarskich osadników) oprawadzający po tym obiekcie zaznajamia nas z historią społeczności tatarskiej zamieszkującej na tym terenie już od setek lat. W ciekawy sposób przybliża koligacje rodzino-religijne, które obecnie mają miejsce. Tolerancja i wzajemny szacunek pomiędzy religiami jest przykładem, że można w ten sposób współ egzystować nie dążąc do wojen i podziałów. Po wizycie w meczecie udaliśmy się na zasłużony posiłek do zajazdu tatarskiego oferującego dania kuchni regionalnej. Uwielbiamy ten rodzaj poznawania odwiedzanych zakątków. Zawsze przedkładamy smaki regionu ponad tzw. schabowego z ziemniakami czy pizzę. Klimat karczmy i zabudowań agroturystyki przenosi gości w czasy kiedy większość klientów przyjeżdżała na biesiadę konno. Na koniec świata my również zajechaliśmy koniem, ale mechanicznym. Wybór dań kuchni tatarskiej jest dość spory, niestety późnym popołudniem część z nich jest już niedostępna. Zamówiliśmy pieremiacze i zawijaniec. Nie znam się na tatarskich potrawach więc nie powinienem wydawać opinii na temat naszego obiadu. Mogę jedynie bazując na swoich dotychczasowych kulinarnych doznaniach stwierdzić, że było to danie smaczne, aczkolwiek odgrzewane i liczyłem chyba raczej na coś innego. Po obiedzie ruszyliśmy w dalszą drogę. Znaleźliśmy w pobliżu fajną agroturystykę w miejscowości Krynki słynącej z największego ronda w Polsce. Od jakiegoś już czasu rozglądałem się za stacją paliw. W tamtych rejonach jest ich zdecydowanie mniej niż w innych częściach kraju. Coraz bardziej nerwowo oglądałem drogowskazy, z których żaden nie informował, gdzie można zatankować. W końcu udało się namierzyć stację. Czułem się jakbym odnalazł Święty Graal. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy z dystrybutora nie kapnęła nawet kropla benzyny. Podszedłem do budynku stacji niestety była zamknięta na cztery spusty. Zrezygnowany odwróciłem się w stronę motocykla i oczom moim ukazał się terminal bezobsługowej stacji. Nie zauważyłem go wcześniej, a szczerze mówiąc nie spodziewałem się go znaleźć w takim miejscu. Radość niesamowita... z piekła do nieba. Po zalaniu paliwa bez przeszkód dotarliśmy do gospodarstwa agroturystycznego. Czuliśmy się tam już od samego początku, jakbyśmy odwiedzili długo nie widzianą rodzinę. Serdeczna gospodyni nakarmiła nas zupą, nie chcąc nic w zamian, natomiast gospodarz zaproponował schronić motocykl w garażu i pomógł mi wtoczyć go przez wysoki próg. Zmęczeni całym dniem wrażeń rozłożyliśmy się na ogrodowych leżakach, by na spokojnie zaplanować kolejny dzień.





Plan, który miałem po krótce ułożony w głowie nabierał formy. Doświadczeni drogą, trochę mniej optymistycznie podchodziliśmy do jego realizacji. Poranne kilometry na drodze poddały w wątpliwość możliwość zaliczenia wszystkich punktów. Tak łatanej drogi nie widziałem jeszcze nigdy w życiu, aż przystanąłem, żeby zrobić zdjęcie. - No nie uwierzą jak im nie pokażę - powiedziałem do Uli. Kwintesencją stanu nawierzchni były kopczyki, które wyglądały, jakby kret zdecydował się przejąć kontrolę nad tym skrawkiem asfaltu. Jak się okazało za kolejnym zakrętem to ekipa naprawiająca drogi zasypywała dziury, nie martwiąc się zbytnio o ich wyrównanie. Nie wiem co lepsze dziury czy kopce kreta. Fakt, że droga po takiej nawierzchni znacznie się wydłuża, a zaplanowane 300km (niby tak niewiele) robi się dystansem trudnym do przebycia w zaplanowanym czasie. Po drodze mamy jeszcze tyle do zobaczenia. Zaczynam w głowie weryfikować trasę i wycinać jej elementy. W moich myślach na nowo układam, skróconą wersję. Czy jeżeli zajedziemy nad Jezioro Hańcza czy Rospudę to nie zabraknie nam czasu, żeby dotrzeć do Giżycka i zwiedzić Twierdzę Boyen. Może zbyt wiele chciałbym w ten dzień osiągnąć, bo przecież jeszcze Stańczyki ... z nich nie chcę rezygnować. Na razie jedziemy, stan nawierzchni się poprawił więc możemy jechać trochę szybciej. Augustów - znana miejscowość, zatrzymaliśmy się tylko przy kanale żeby zrobić fotkę. Kiedy ruszyliśmy dalej czułem się jakbym sam sobie coś odbierał. Muszę kiedyś tam wrócić. Suwałki - a my w niedoczasie ... przejechaliśmy powoli, żeby namierzyć coś wartego uwagi. Odkręciłem manetkę pozostawiając za nami nieodkryte. Kolejny postój przy wieży widokowej tuż przed mostami w Stańczykach. Spóźnione drugie śniadanie i kawa podreperowała trochę nasze samopoczucie. Podjechaliśmy do mazurskich akweduktów - przynajmniej tak to wygląda. Ula z obtartymi piętami odpuściła wejście na tą atrakcję. Stwierdziłem, że ja też wejdę tam innym razem. Ruszyliśmy w stronę Gołdapi.Pusta, równa droga, swobodna jazda, nagle nad nami ujrzałem cień. Podniosłem wzrok, 3-4 metry nad nami leciał orzeł. Równo z nami jakby nas eskortował lub raczej chciał nas zaatakować. Ogromna rozpiętość skrzydeł, żółte szpony i dziób... Zapierająca dech chwila wspólnej podróży trwała wystarczająco długo, aby to zdarzenie nabrało jakiegoś metafizycznego wymiaru. Po raz kolejny uzmysłowiłem sobie, że to nie zwiedzanie zabytków, ale właśnie takie momenty ciągną mnie w trasę. Zamki, muzea czy pałace są punktem na mapie. Filmy o nich można bez problemu odnaleźć w sieci i dowiedzieć się pewnie więcej o nich niż będąc na miejscu. Natomiast chwile, w których serce zacznie intensywniej pompować krew przeżywając jakieś wydarzenie, tworzą niepowtarzalne wspomnienia, dla których warto przejechać kilka tysięcy kilometrów. Jazda na motocyklu umożliwia przeżycie tych chwil w większym zakresie niż przemieszczanie się autem. Intensywniej odczuwa się "drogę" i na dłużej to doznanie pozostaje z wędrowcą.
Wjechaliśmy do Gołdapi. Dla kilku fotek i rozprostowania nóg zatrzymaliśmy się przy wieży ciśnień. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą podróż. Jakość nawierzchni zdecydowanie się polepszyła. Głodni i zmęczeni zajechaliśmy do Giżyckiej Twierdzy krótko przed zamknięciem. Oboje stwierdziliśmy, że lepiej ogarnąć jakieś spanie i jedzonko niż łazić po lochach. Po kilku telefonach udało mi się zarezerwować nocleg w dość bliskiej odległości od głównych atrakcji. Kąpiel po całodziennej jeździe motocyklem w słoneczny dzień to już rytuał. Zimna woda zmywa kurz i zmęczenie. Nagle okazuje się, że jeszcze są jakieś pokłady energii, którą można spożytkować na zwiedzanie. Teraz z nowymi siłami, chętnie odwiedziłbym zabudowania militarne, niestety było to już niemożliwe. Na szczęście udało się zobaczyć most na kanale Łuczańskim, należący do nielicznych tego typu konstrukcji w Europie. Co ciekawe most ten ma korzenie w moim rodzinnym mieście, gdyż wybudowała go firma Beuchelt & Co. Grünberg in Schlesien z Zielonej Góry. Operacja otwierania mostu trwa ok. 5 minut i jest przeprowadzana ręcznie przez jednego operatora. Olbrzymi klucz odnajduje swoje miejsce w specjalnym gnieździe i rozpoczyna się spacer niczym w kieracie wokół zagnieżdżonego w konstrukcji drążka. Koła zębate tej archaicznej konstrukcji wprawiają w ruch most, który powoli zaczyna się otwierać, umożliwiając statkom przepłynąć, podczas gdy auta w tym czasie oczekują na swoją kolej. Proces ten jest powtarzany o dokładnych godzinach podanych na tablicy informacyjnej. W okresie letnim most obracany jest 12 razy dziennie, tzn.: 6 razy dla ruchu kołowego i 6 razy dla ruchu wodnego. Przy kanale można zobaczyć zamek krzyżacki, po przebudowie, służy obecnie jako luksusowy hotel i jest zamknięty dla zwiedzających. Kolejną atrakcją wartą obejrzenia w Giżycku jest najdłuższe molo w Polsce. Po drodze mijamy plażę, by chociaż na chwilę zamoczyć stopy w jeziorze. Marina o zachodzie słońca widziana z mola jest kwintesencją mazurskich jezior. Różnej wielkości jachty i łodzie motorowe odpoczywają w zaciszu Ekomariny, by można je było podziwiać w całej okazałości. Wieczorne światło zachodzącego słońca dodaje kolorytu i tworzy dodatkową magię. Do hotelu wróciliśmy wieczorem, trochę żałując, że nie znaleźliśmy jednak pola namiotowego, by poczuć podobny klimat jak kilka dni temu nad jeziorem Śniardwy. Niby wygodniej, ale jednak czegoś brakuje.







Chcąc jeszcze bardziej poznać Mazury postanowiliśmy odwiedzić Pochylnie Kanału Elbląskiego. Niwelują one różnicę poziomów pomiędzy jeziorem Drużno a Buczyńcem wynoszącej 99,52m. Usłyszałem kiedyś o nich od kolegi mieszkającego w tamtych okolicach, więc będąc w pobliżu po prostu trzeba było zobaczyć chociaż jedną z nich. Padło na Buczyniec, w którym różnica wysokości pomiędzy odcinkami kanału wynosi 20,62m. Łodzie przemieszczają się w górę bądź w dół, specjalnymi wózkami sunącymi po torach. Energia potrzebna do przemieszczenia ciężaru do 50t wytwarzana jest dzięki napędowi wodnemu przy użyciu koła wodnego. Całość konstrukcji robi niesamowite wrażenie. Jachty zapakowane do klatek suną przez trawiaste torowisko, aby móc kontynuować swój mazurski rejs. Kanał powstały w XIX w. służący pierwotnie jako szlak komunikacyjny dzisiaj stanowi czynny turystycznie pomnik historii i moim zdaniem nie może być pominięty na trasie warmińsko-mazurskiej wędrówki. W tamtym czasie głośno było o przekopie Mierzei Wiślanej wybraliśmy więc Krynicę Morską jako uwieńczenie tego dnia. Spokojna droga zawiodła nas do miejscowości Stegna, gdzie skręciliśmy w stronę naszej docelowej lokacji. Niestety nagle droga zamieniła się w pofałdowany koszmar, po którym ciężko było poruszać się z przyzwoitą prędkością. Zawieszenie miękko zestrojone i sprawiające radość na autostradowych odcinkach w tych warunkach dobijało do końca. Ruch był też dość spory i trudno było dostosować prędkość do innych kierowców, którzy nie patrząc na wyboje gnali jak najszybciej rozstawić swoje parawany na bałtyckiej plaży. Kolejny raz pomyślałem wtedy o zmianie "cruisera" na "turystyka", który pozwoliłby mi w pełni cieszyć się jazdą w trudniejszych warunkach. Tutaj była walka. Z jednej strony presja wywierana przez pozostałych kierowców, z drugiej objuczony motocykl z miękkim zawieszeniem i dziurawe drogi. Na szczęście dotarliśmy w końcu bez przeszkód do celu naszej podróży. Po przeglądnięciu ofert popularnych portali noclegowych zdecydowaliśmy się rozbić namiot na polu namiotowym, ulokowanym niedaleko plaży. Ceny w sezonie (bez wcześniejszej rezerwacji) były mocno przesadzone, a nie chciało mi się ganiać za jakąś okazją. Zresztą pole namiotowe bywa czasami lepsze od kwatery. Rozbiliśmy namiot i przebrani w "cywilne" ubrania ruszyliśmy na podbój tego uroczego miasteczka. Krynica Morska jest bardzo fajnie położona pomiędzy dwoma akwenami: z jednej strony brzeg Zatoki Gdańskiej natomiast z drugiej Zalew Wiślany. Północny brzeg oferuje morską plażę natomiast południowy m.in. rejsy wycieczkowe do Fromborka. Mieścina pod względem nachylenia terenu przypomina górski kurort. Przechodząc np. ul.Portową ma się wrażenie, że za rogiem będzie stacja wyciągu krzesełkowego na jakiś szczyt. Brakowało tylko stoiska z oscypkami i skórzanymi kapciami, aby móc w pełni poczuć się jak w górach. Wycieczka zbliżała się do końca więc postanowiliśmy zostać tam na dwa dni, żeby trochę zregenerować się przed powrotem do domu. "Plażing" nie jest moją ulubioną formą spędzania czasu na urlopie, plasuje się raczej na końcu stawki. Małżeństwo jest jednak sztuką kompromisu - Ula dzielnie zniosła kilkudniową podróż motocyklową więc i ja dzielnie leżałem na piasku. Rankiem, świeżo zaparzona kawa na plaży przy wschodzącym słońcu smakuje zdecydowanie lepiej. Pierwszy dzień od naszego wyjazdu, w którym nie zwijaliśmy majdanu by udać się w dalszą drogę. Było trochę dziwnie, bo przyzwyczaiłem się do ciągłej podróży. Każdy dzień - choć po części był zaplanowany, natomiast ten - to lenistwo w czystej postaci. Plażing przepleciony z nienachalnym zwiedzaniem. Latarnia morska, molo, smażalnia ryb i znowu plaża. Leżąc na piasku i sącząc browarka brakowało mi odkręcenia manetki i wiatru w brodzie.





Na szczęście kolejny dzień to powrót do codzienności. Kawa i śniadanie na plaży, spakowanie ekwipunku i w drogę. Planowaliśmy, aby przejeżdżając przez Malbork zwiedzić krzyżackie zamczysko. Jest to przecież jedna z najwspanialszych twierdz średniowiecznej Europy i jednocześnie największy zachowany w całości zamek na świecie. Stojąc u jego bram i widząc te potężne mury wiedziałem, że obejście z przewodnikiem całej budowli zajmie sporo czasu. Kolejki przy kasie do reszty zniechęciły nas do zwiedzania tej fortyfikacji. Na szczęście zadzwonił do mnie Tomek, który już od pierwszego dnia miał nam trochę za złe, że przejeżdżając prawie po ich wycieraczce nie zajechaliśmy na kawę do Gruszczyna. W kolejnym dniu oni również wyruszali w swoją podróż motocyklową tak więc zgraliśmy się idealnie. Dla nich przygoda miała się dopiero zacząć, nasza dobiegała końca. Miło było usiąść w gronie przyjaciół powspominać naszą wycieczkę i jednocześnie wsłuchać się w plany wypadowe Moniki i Tomka. Dzięki ich zaproszeniu mogliśmy ostatni etap naszej rajzy rozbić na dwa dni i w przyjemnej atmosferze spędzić wieczór na opowieściach przy browarku. Rankiem gdy pakowaliśmy nasze motocykle zadzwonił do mnie Leszek, który również zaprosił nas do siebie. Jak to mówią - najlepsze są spontany, więc nie myśląc długo ruszyliśmy w stronę Roska koło Wronek. Może nie do końca po drodze, ale dla dobrego towarzystwa czasem trzeba nadrobić drogi. Tak więc z jednego dnia powrotu zrobiły się trzy. Ewa i Leszek pięknie nas ugościli. Biesiada przy grillu i opowieściach z drogi trwała do późnych godzin wieczornych. W ostatnim etapie eskapady dopadł nas deszcz, który ścigał nas z przerwami już od pierwszego dnia wyprawy. Była to ulewa z tych epickich, o których długo się wspomina. Na szczęście dogoniła nas we Wronkach i mogliśmy schronić się bezpiecznie na stacji benzynowej. Po deszczu już bez dalszych utrudnień dojechaliśmy do domu. Pokonaliśmy blisko 2500 km i była to wtedy dla nas najdłuższa trasa, którą wspólnie pokonaliśmy na motocyklu. Dużo nauczyliśmy się dzięki niej, nie tylko co wziąć i jak to spakować, ale także jak planować trasę. Ktoś mnie kiedyś zapytał po co jechać gdzieś daleko przecież to samo można zobaczyć w tv lub internecie. Odpowiedź jest prosta - zobaczyć pewnie tak, ale przeżyć z całą pewnością nie. Każdy kilometr może przynieść osobliwą przygodę, która dotknie duszy i pozwoli odnaleźć siebie.
Komentarze
Prześlij komentarz