Wycieczka motocyklowa przez Jurę Krakowsko-Częstochowską na Podlasie


     Pierwsza wycieczka na Podlasie zaciekawiła nas na tyle, że postanowiliśmy ponownie zagościć w tym regionie. Plan na ten wypad był zupełnie inny. Chcieliśmy dotrzeć do wschodniej Polski od strony południowej, odwiedzając po drodze Jurę Krakowsko-Częstochowską, Kazimierz Dolny i jeszcze kilka innych ciekawych miejsc. Od nas najszybciej można się tam dostać tranzytem czyli odcinkiem A4. Plany jak to plany często już na początku są modyfikowane, ale może właśnie przez to, całe przedsięwzięcie staje się jeszcze bardziej ekscytujące. Otrzymaliśmy zaproszenie na 5 rocznicę istnienia grupy motocyklowej "Wolne Lwy" z Konina więc już początek trasy musiał zostać zweryfikowany, co pociągnęło konieczność przemyślenia kolejnych etapów podróży. Zarys wyprawy miałem w głowie więc postanowiliśmy, że droga sama się jakoś ułoży. Dobór i zapakowanie odpowiednich części ekwipunku, był zdecydowanie łatwiejszy niż przed naszym poprzednim wypadem na Podlasie. Wiadomo, że jest to proces i na podstawie wcześniejszych przeżyć łatwiej ocenić czy dany sprzęt jest: potrzebny, niezawodny i czy zajmuje optymalną ilość miejsca. Dlatego też producenci prześcigają się w wymyślaniu kolejnych gadżetów mających ułatwić turystom codzienną egzystencję podczas wypraw. Coraz bardziej rośnie więc ilość wyposażenia turystycznego, z którego dobieramy odpowiedni sprzęt. Nie ma idealnych rozwiązań, ale wybieramy najbardziej optymalne i to się jak do tej pory sprawdza. 
    Modyfikacja planu pozwoliła na pełen luz podczas pierwszego etapu. Wyruszyliśmy nieśpiesznie dopiero koło południa. Zupełnie odbiegało to od standardowego rozpoczęcia podróży, gdzie pierwszy dzień to przeważnie tranzyt szybkimi odcinkami drogi, by jak najszybciej dotrzeć do miejsc, które czekają na odkrycie. Tego dnia mieliśmy dojechać jedynie do Swarzędza, gdzie planowaliśmy nocleg u Wikinga Andrzeja i wspólnie z nim oraz dwójką kompanów wyruszyć na imprezę jubileuszową zaprzyjaźnionego klubu. Poprzedni powrót ze wschodu trochę przypominał obecny wyjazd - więcej spotkań z przyjaciółmi niż podróży. Dlatego też nie mając sprecyzowanego planu na ten dzień daliśmy się zaprosić Agnieszce i Piotrkowi na grilla nad jeziorem Wojnowskim. Poznaliśmy się kilka lat temu na zlocie motocyklowym i od tego czasu przeżyliśmy masę wspólnych wypadów. Do dziś wspominamy dzień naszego poznania. Nasz wspólny znajomy Chudy (barwna postać zlotowego bractwa) widząc nas wchodzących na teren imprezy bezceremonialnie chwycił mnie za rękę i pociągnął przez cały plac mówiąc, że koniecznie musimy kogoś poznać. Zaprowadził nas do Agi i Piotrusia i zostawił po krótkim przedstawieniu. Podczas rozmowy okazało się, że wiele nas łączy. Mamy takie same motocykle, tą samą grupę krwi, obaj jesteśmy krwiodawcami, jesteśmy nadal w pierwszym związku (co w tych czasach jest już dosyć unikalne) ponadto mamy po jednym dziecku i są to synowie. Jesteśmy też do siebie trochę podobni. Na tyle, że możemy z powodzeniem wmawiać ludziom, że jestem bratem Piotrka, a Ula jest siostrą Agnieszki. Podczas wyszukiwania wspólnych cech Piotrek spytał czy mój ojciec czasami nie ma na imię Stefan, odpowiedziałem że nie, na co on, że jego też nie. Taki tam żarcik, a z drugiej strony kolejna zbieżność  ;) Tego dnia niestety nie mogli zostać dłużej, ale zaproponowali nam zlot w Niedźwiedziu, który miał odbyć się w najbliższym czasie. Przyjęliśmy zaproszenie, a impreza, na którą nas zaprosili, stała się początkiem powstania Grupy Niedźwiedź. Ludzi, którzy uczestniczyli w tym wydarzeniu połączyła wspólna więź, która od kilku lat trzyma nas razem. Wspólna pasja, podobne poczucie humoru, otwartość na ludzi i świat oraz szczera chęć zabawy to zaprawa, która cementuje tą ekipę. Staramy się, aby przynajmniej raz w roku spotkać się na imprezie w Niedźwiedziu i przy ognisku oraz muzyce spędzić ze sobą trochę czasu. 









    Miejsce piknikowe nad jeziorem Wojnowskim wybrane przez naszych przyjaciół było super. Zaciszne miejsce, stoły z ławkami, parking i widok na jezioro to właściwie wszystko czego potrzeba do udanego wypadu nad jezioro. Przy wspólnej biesiadzie była okazja przedstawić plan naszego wyjazdu i spokojnie pogadać o życiu. Po południu pożegnaliśmy się by ruszyć w dalszą drogę. Spokojna przejażdżka zaprowadziła nas do Swarzędza w gościnne ramiona Andrzeja. Wiking jest kolejną barwną postacią zlotów motocyklowych. Do niedawna wspólnie z drugim Wikingiem Jarkiem uczestniczyli w niezliczonej ilości imprez motocyklowych ubarwiając je swoją obecnością. Poczucie humoru, dobra zabawa i otwartość to cechy, którymi dali się poznać motocyklowej braci w całej Polsce i nie tylko. W swoje szeregi przyjęli jeszcze dwóch członków, Heńka i jego syna Lisa. Niestety w styczniu 2022 Jarek odjechał śmigać po niebiańskich autostradach. Pozostawiając po sobie masę pozytywnych wspomnień, ale też smutek i tęsknotę swoich przyjaciół. Życie toczy się dalej, ale pamięć o bliskich, którzy odeszli jest w nas. Nobilitowany przez niego Heniek również wybiera się z nami na klubowe urodziny. Tak więc rankiem w towarzystwie dwóch rogatych riderów oraz naszego wspólnego kolegi Przemka, udaliśmy się w stronę Konina. Drag Star w asyście dwóch Goldasów i Gs-a przemierzał wielkopolskie drogi w kierunku wschodu słońca, odprowadzany poniekąd w dalszą podróż. 
    Zlot Wolnych Lwów był kameralną imprezą, a zaproszeni na to wydarzenie goście to w większości zlotowa brać motocyklowa, którą mieliśmy okazję poznać na różnych tego typu spotkaniach. Dzionek minął w wesołej, rodzinnej atmosferze. Bawiliśmy się przy dźwiękach muzyki, tańcząc i rozmawiając do późnego wieczora. Rano pożegnaliśmy się z ekipą, spakowaliśmy majdan i ruszyliśmy w dalszą drogę. Nie mając doprecyzowanego planu wyjazdu postanowiliśmy korzystając z okazji odwiedzić rodzinę w Sompolnie pod Koninem. Szybki telefon i chwilę później zaparkowaliśmy motocykl na podjeździe. Madzia i Waldek są bardzo gościnni więc nie skończyło się na kawie. Głupio było odmówić zaproszenia na grillową obiadokolację połączoną ze śniadaniem. Mija 3 dzień naszej podróży, a my dopiero w Wielkopolsce. W tym tempie nie uda się zrealizować naszego planu. Postanowiliśmy więc, że dalsza trasa będzie opierała się głównie na zwiedzaniu, a nie na odwiedzaniu rodziny i przyjaciół w całej Polsce. Kolejny dzień zaprowadził nas do Piotrkowa Trybunalskiego. Zwiedzaliśmy go niestety, przez wzgląd na późny wyjazd, głównie z motocyklowego siedzenia. Zatrzymaliśmy się na obiad w restauracji Ranez-Vous, serwującej rewelacyjne dania kuchni polskiej i międzynarodowej. Zaskakujące połączenia różnych smaków spowodowały, że do dziś wspominamy tą ucztę i choćby po to warto było wpaść do Piotrkowa. Tego dnia w planie mieliśmy jeszcze zwiedzanie ruin zamku w Olsztynie więc po obiedzie wskoczyliśmy na A1, żeby zdążyć przed zamknięciem. Niestety wpakowaliśmy się w masakryczny korek, który pomimo jazdy na motocyklu bardzo ciężko było minąć. Powolna jazda w 35 stopniowym upale pozbawiła mnie entuzjazmu do dalszego zwiedzania. Żałowałem, że nie wybrałem lokalnej drogi, która prowadziła by z pewnością przez ciekawsze miejsca niż plac budowy. Zmęczeni dotarliśmy pod wieczór do Olsztyna. Na szczęście mieliśmy ogarnięty nocleg w zabytkowym Spichlerzu. Budynek robi naprawdę niesamowite wrażenie. Drewniana XVIII wieczna konstrukcja kryta strzechą jest umiejscowiona u podnóża ruin Olszyńskiego Zamku. Oba te zabytki współgrają ze sobą i aż trudno uwierzyć, że budynek Spichlerza stoi tu dopiero od 2007 roku, w którym to został przeniesiony i zrekonstruowany w obecnym miejscu. Nieduży pokoik z wygodnymi łóżkami był nagrodą za trud motocyklowej wędrówki. Po kolacji oraz zimnym prysznicu wybraliśmy się na zwiedzanie ruin. Zachodzące słońce dodało magii scenerii zamku wtopionego w skały Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Najbardziej charakterystycznym elementem zamczyska jest 35 metrowa wieża o cylindrycznym kształcie z białego piaskowca wznosząca się majestatycznie na Zamkowym wzgórzu. Twierdza przez ponad 300 lat była jedną z ważniejszych warowni tego regionu Polski. Na przestrzeni swojej historii z potężnej budowli pozostały ruiny, o które trwa obecnie walka, aby przywrócić je choć po części dla przyszłych pokoleń. Dzięki pracom archeologicznym i restauratorskim oddawane są kolejne miejsca udostępnione dla zwiedzających. Nam ze względu na późną porę nie udało załapać się na zwiedzanie odrestaurowanych pomieszczeń. Pozostało cieszyć się spokojem tego miejsca w promieniach zachodzącego słońca, siedząc na skałach i rozmyślając o planach na kolejny dzień. Rozważania przerwała wiadomość od mojej kuzynki Basi, która mieszka w Myszkowie i serdecznie zapraszała nas na kawę. Będąc tak blisko nie sposób było odmówić i po raz kolejny zmieniliśmy plany, aby chociaż na chwilę się spotkać. Umówiliśmy się ok 11 więc do tej godziny chcieliśmy wykorzystać czas na zwiedzanie zamków Jury.
    






    Pierwszym postojem był pałac Raczyńskich w Złotym Potoku. Miejsce urokliwe dla spacerowiczów, ale pałac był zamknięty dla zwiedzających. Więc strzeliliśmy kilka fotek i ruszyliśmy w dalszą podróż, by dosłownie za chwilę zaparkować przy zamku w Bobolicach. Ta wspaniała XIV w budowla została zrekonstruowana i obecnie udostępniona jest dla turystów nie tylko jako muzealna atrakcja, ale też jako hotel i restauracja. Moim zdaniem jest to prawdziwa perła na mapie Jurajskich twierdz. Leżący nieopodal zamek w Mirowie niestety był w trakcie remontu więc zatrzymaliśmy się tylko na kilka fotek. Kamienny ostaniec sterczący w bliskiej odległości od zabytkowych murów, wystawiony samotnie na działanie sił przyrody wygląda jakby miał się zaraz oderwać i runąć ze wzniesienia. Ten kamienny strażnik minionych dziejów jest wizytówką Zamku w Mirowie jak kamienna brama jest fotograficzną atrakcją Zamku w Bobolicach. Siedząc na kamieniach wspominałem dziecięce plany odwiedzenia tego miejsca z moim przyjacielem z ławy szkolnej Krzyśkiem. Opowiadał mi o tych wszystkich magicznych miejscach. Jego opowieści połączone z książkami i filmami z młodzieńczych lat, jak np. "Wakacje z duchami" czy "Pan Samochodzik" wzbudzały we mnie chęć wyruszenia w podróż i przeżycia fantastycznych przygód. Do tych wypadów nigdy nie doszło, a jak to powiedział kiedyś Mark Twain -" Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś niż tego, co zrobiłeś." - więc teraz minęło już ponad 20 lat i mogę z czystym sumieniem się pod tym tekstem podpisać. 
    Nie tracąc czasu udaliśmy się na rodzinne spotkanie w Myszkowie. Basia jest niesamowitą osobą, nie widziałem jej wiele lat, ale spotkanie z nią było tak pełne serdeczności, zrozumienia, że poczułem się w jej towarzystwie naprawdę swojsko. Przeskakiwaliśmy z tematu na temat nie mogąc w tak krótkim czasie opowiedzieć sobie wszystkiego. Zajęci rozmową nie zauważyliśmy nadchodzących chmur. Kiedy spojrzałem w okno i zobaczyłem czarne niebo zwiastujące ulewę szybko sprawdziłem pogodę w komórce. Moje obawy się potwierdziły. Zapowiadane było oberwanie chmury. Szybko więc pożegnaliśmy się z gospodarzami i ruszyliśmy w stronę kolejnego noclegu w okolicach Jaskini Łokietka. Całą drogę w lusterku widziałem pioruny na tle ciemnego nieba. Nam tym razem udało się uniknąć burzy, jedynie lekka mżawka będąca preludium goniącej nas nawałnicy lekko nas zrosiła. Nocleg znaleźliśmy w Czajowicach u przemiłych gospodarzy, którzy pozwolili zaparkować naszego stalowego rumaka w garażu. Wybrane miejsce nie było przypadkowe, zawsze staram się znaleźć kwaterę w punkcie, który jest fajną bazą wypadową do pieszej wędrówki. Cały majdan można zostawić w bezpiecznym miejscu, a sami na lekko wyruszyć na szlak. Obiad zjedliśmy w "Pierogarni Babci Marysi". Wysokie oceny w Google Maps są w pełni zasłużone. Ręcznie wykonywane pierogi są doskonałym przykładem charakteru polskiej sztuki kulinarnej. Z pozoru skromna jadłodajnia oferuje bogate smaki mogące dogodzić każdemu amatorowi kuchni regionalnej, którą będąc w trasie z pasją wyszukuję. Jest to dla nas ciekawy aspekt każdej podróży, przybliżający nam poznawany rejon. Tego dnia odpuściliśmy już bardziej ambitne zwiedzanie na rzecz odpoczynku i spokojnego zaplanowania kolejnego dnia. 






    Rankiem udaliśmy się do Jaskini Łokietka, która jest jedną z bardziej znanych atrakcji Ojcowskiego Parku Narodowego. Będąc wcześniej w kilku innych jaskiniach, ta nie zrobiła na nas wielkiego wrażenia. Z powodu na późne zagospodarowanie i co za tym idzie zdewastowanie jaskini przez odwiedzających, nie spotka się tu zbyt wiele nacieków skalnych. Legenda Króla Władysława przyciąga tu jednak sporo turystów, a dzięki przewodnikom, którzy z pasją opowiadają o grocie warto jest zwiedzić to miejsce. Następnie udaliśmy się przez Bramę Krakowską w lewo w stronę punktu widokowego Jonaszówka. Piesza wycieczka przez ten najmniejszy Park Narodowy w Polsce nie jest wymagająca, ale bardzo przyjemna. Idąc doliną Prądnika można podziwiać imponujące wapienne skały oraz wsłuchać się w szmer strumienia płynącego wzdłuż drogi. Punkt widokowy, na który dotarliśmy oferuje zapierającą dech w piersiach panoramę na wspaniałe formacje skalne, lasy, łąki oraz ruiny Zamku w Ojcowie. Piesza wędrówka rozpaliła w nas chęć odwiedzenia innych magicznych miejsc w tej okolicy. Wróciliśmy do kwatery by za chwilę wyruszyć motocyklem w stronę Zamku na Pieskowej Skale. Malownicza trasa wiodąca przez Ojcowski park sprawia, że czuję się zrelaksowany. Przemierzając kolejne zakręty odkrywamy piękno tej ziemi. Przy drodze zatrzymaliśmy się przy drewnianej kaplicy usytuowanej na betonowych fundamentach nad potokiem Prądnika stąd nazwa "Kaplica na wodzie". Zabytkowy budynek sakralny z 1901r. pokazuje pomysłowość ludzi, którzy jak mówi legenda, aby ominąć carski zakaz budowy świątyni na ziemi ojcowskiej postawili ją na rzeczce. Nieduży ruch pozwalał na niespieszne pokonywanie kolejnych zakrętów i chłonięcie każdym zmysłem otaczającego świata i celebrowanie tej chwili. Minęliśmy Maczugę Herkulesa, która faktycznie przypomina broń mitycznego herosa. Ta jedna z najbardziej znanych skał w Polsce leży u podnóża zamku, do którego właśnie zmierzaliśmy i współtworzy wyjątkową wizytówkę tej okolicy. W tym momencie zaczęło padać, zajechaliśmy na parking, ale okazało się, że do zamku trzeba jeszcze dojść leśną drogą, więc odpuściliśmy sobie zwiedzanie zamku w mokrych ciuchach motocyklowych. Teraz trochę tego żałuję, bo jak mówił klasyk najbardziej żałuje się tego czego się nie zrobiło i po raz kolejny się o tym przekonałem. Jeżeli będziemy kiedyś w tych okolicach na pewno odrobimy tą zaległą lekcję. Powrót przez Dolinę Prądnika był równie ekscytujący, efekt psuła trochę aura i mokra nawierzchnia. Po drodze zjedliśmy obiad w jakimś przydrożnym barze dla tirowców, bo w takich miejscach często można dobrze i tanio zjeść. Pewnie tak, tylko że brakowało mi trochę tego regionalnego aspektu kulinarnego i dziś nie pamiętam już nawet co jedliśmy. Wieczór spędziliśmy na planowaniu kolejnego dnia. 





 





 Ranek przywitał nas piękną słoneczną pogodą, zachęcającą do dalszej motocyklowej podróży. Pierwszy turystyczny przystanek zrobiliśmy przy zamku Krzyżtopór. Ruiny tego, jednego z największych zamków w Polsce udostępnione są do zwiedzania. Do dziś widać rozmach z jakim inicjator budowy - Krzysztof Ossoliński postanowił przyćmić pozostałe siedziby szlacheckie. Wygodny pałac, a jednocześnie twierdza obronna swoją wielkością dorównywała najwspanialszym twierdzom Europy. Krótkie, ale burzliwe dzieje zamku są wyryte w każdym kamieniu z którego on powstał. Rozdmuchane ego fundatora zamku doprowadziło do powstania przepięknej rezydencji, która w wyniku splotu zdarzeń nie przetrwała nawet pół wieku. Koło historii postanowiło w brutalny sposób zadrwić z ludzkich ambicji, pokazując co tak naprawdę po nas pozostanie. Zwiedzanie ruin pozwoliło nam odpocząć od bardziej przyziemnych trosk tego świata ponieważ cień budynków skrywał nas przed żarem jaki lał się z nieba. Niezbyt chętnie wbiliśmy się w ubrania motocyklowe, aby kontynuować dalszą wycieczkę. Destynacją dziennej podróży był Kazimierz Dolny. Dostaliśmy się tam od strony Janowca przepływając Wisłę promem rzecznym. Zmęczeni upałem nie bardzo byliśmy zainteresowani zwiedzaniem zamku w Janowcu. Postanowiliśmy zameldować się w pensjonacie i po kąpielowym resecie oraz przebraniu się w luźne ciuchy udać się na pieszą wycieczkę po Kazimierzu. Nie spodziewałem się, że tak małe miasteczko jest tak bogate w atrakcje turystyczne. Zamek, kamieniczki, spichlerze, wąwozy korzeniowe, punkty widokowe, wiślane nabrzeże oraz wiele innych ciekawych miejsc, których starczyło by na obdzielenie kilku większych miejscowości. Obrazu całości dopełniają pracownie artystyczne, które oferują obrazy, biżuterię oraz inne unikatowe arcydzieła będące prawdziwą pamiątką z pobytu w tym wyjątkowym miejscu. Zasłyszałem kiedyś śmieszne, ale prawdziwe stwierdzenie - "nieważne czy jesteś nad Bałtykiem czy w Paryżu i tak przywieziesz pamiątkę z Chin", tutaj to twierdzenie nie do końca jest prawdziwe. Oczywiście i w tym miejscu można zakupić wszędobylskie souveniry chińskiej produkcji, ale nie spotkałem w innym miejscu w Polsce tyle kreatywnej energii, która nie tylko stwarza swoisty klimat, ale tworzy też prawdziwe pamiątki danego regionu. 
    Obiad zjedliśmy w restauracji "Bajgiel". Wystrój lokalu wprowadza gości w klimat żydowskiej kamienicy z okresu międzywojennego. W tym lokalu serwują kuchnię polską i żydowską nawiązując do korzeni miasta, w którym te kultury przenikały się i tworzyły je już od XI w. Trochę niezbyt fortunnie wybraliśmy oboje "czulent", danie moim zdaniem zbyt suche i słone. Sam lokal jednak zrobił na nas pozytywne wrażenie i po czasie z chęcią spróbowałbym tam innej potrawy. Po obiedzie udaliśmy się na wzgórze zamkowe. Ruiny niestety były już o tej godzinie niedostępne do zwiedzania, ale widok ze wzniesienia był wystarczającą rekompensatą. Zachód słońca spędziliśmy w romantycznej scenerii wiślańskiego nabrzeża, gdzie zacumowane turystyczne barki dodawały swoistego klimatu. Siedząc tak i kontemplując otaczającą przyrodę odpoczywaliśmy po trudach podróży, planując zwiedzanie kolejnych atrakcji w następnym dniu. 













    Rankiem rozpoczęliśmy eksplorację Kazimierza od Wąwozów Korzeniowych, które są nieodłącznym elementem tego miasta. Wczesna pora dnia wynagrodziła nas małą liczbą turystów, dzięki czemu mogliśmy spokojnie odkryć te miejsca. Odsłonięte korzenie oplatające kilkumetrowe ściany lessowej gleby robią tam niesamowite wrażenie. Miejsce to z powodzeniem mogłoby posłużyć jako sceneria filmowa do "Władcy Pierścieni" lub "Wiedźmina". Choć w drugim z odwiedzonych jarów klimat psuła ażurowa, betonowa nawierzchnia drogi. Kolejną atrakcją był punkt widokowy w okolicach Albrechtówki, zaproponowany przez kolegę z Puław, z którym kiedyś pracowałem. Droga wzdłuż Wisły zaprowadziła nas do wsi Mięćmierz, w której zabytkowe zabudowania pozwalają nam przenieść się w czasie i wczuć się w klimat nadwiślańskiej wioski z ubiegłego wieku. Widok ze wzniesienia roztacza się na przełom królowej polskich rzek oraz pozwala z daleka zobaczyć w pełnej okazałości zamek w Janowcu na drugim jej brzegu. Dalej przeszliśmy obok ruiny domu Jana Albrychta – Szukałka. Pozostałości budynku pozwalają wyobrazić sobie jak mógł wyglądać w swoich najlepszych czasach i jednocześnie zaskakują swoim istnieniem akurat w takiej lokalizacji. Nie czytałem o historii tego miejsca wcześniej dlatego też osobliwa ruina willi w środku lasu budzi zdziwienie, a także nasze zainteresowanie. O losach tego miejsca pokrótce informuje tablica upamiętniająca budowniczego inż. Jana Albrychta oraz późniejszego właściciela - rzeźbiarza, rysownika i projektanta Stanisława Szukalskiego. Jest też zdjęcie budynku w latach jego świetności. Zejście ze wzgórza przez lasek zaprowadziło nas na drogę wiodącą w okolice promu, którym wczoraj przepłynęliśmy z zachodniego brzegu Wisły. Usiedliśmy na murku i wpatrując się w pasące się nieopodal kozy słuchaliśmy odgłosów otaczającej nas przyrody delektując się chwilą. Obiad zjedliśmy w "Knajpie artystycznej" znajdującej się w zabytkowej kamienicy nieopodal rynku w sąsiedztwie galerii sztuki. Dla odmiany wybraliśmy tradycyjne dania czyli schabowy i ziemniaki oraz placek ziemniaczany z sosem . Siedząc w ogródku restauracyjnym mogliśmy w spokoju obserwować tętniący życiem Kazimierz. Popołudnie spędziliśmy na niespiesznej eksploracji miasteczka. Synagoga, dawne jatki, galeryjki oraz na zakończenie dnia Góra Trzech Krzyży, z której rozpościera się niesamowity widok na całe miasto i Wisłę. Światło zachodzącego słońca pomalowało oglądany krajobraz w unikalne barwy i dodały tej chwili jakiś nadprzyrodzony wymiar. 



















    Poranne pakowanie zajmuje nam niewiele czasu. Chwilę później byliśmy już na drodze w stronę Puław. Krótki odcinek dzielący to miasto od Kazimierza pokonaliśmy szybko więc nie nacieszyliśmy się jazdą. Znalazłem parking w pobliżu Pałacu Czartoryskich. Tego dnia był koniec roku szkolnego więc dziedziniec oblegany był przez rodziców i uczniów szkoły znajdującej się w budynku należącym do dawnych zabudowań pałacowych. Muzeum w okresie letnim otwarte jest dopiero od godziny 9. Byliśmy trochę za wcześnie więc strzeliliśmy kilka fotek i nie czekając na otwarcie ruszyliśmy w dalszą drogę. Weekend mieliśmy spędzić na zlocie motocyklowym w Mielniku tuż przy granicy z Białorusią. Nigdy wcześniej nie byłem tak daleko na takiej imprezie więc po drodze zastanawiałem się czy spotkamy tam jakiś znajomych. W zachodniej części Polski na każdym zlocie bawimy się z masą naszych znajomych dlatego też byłem ciekaw czy może kogoś i tutaj przywiodła przygoda. Wjechaliśmy na plac i podszedł do nas jeden z organizatorów imprezy. Spojrzał na blachy i spytał skąd jesteśmy i jak dowiedzieliśmy się o tym wydarzeniu. Odpowiedziałem, że bezpośrednio z domu mamy tutaj przeszło 600km, ale że jesteśmy od tygodnia w drodze więc nazbierało się tego przeszło drugie tyle. Pokrótce opowiedziałem mu o przebiegu naszej trasy. Przybiliśmy piąteczkę i pojechaliśmy rozbić namiot. Na placu przy wjeździe stały namioty z koszulkami i gadżetami motocyklowymi. Spojrzałem po twarzach sprzedawców i z radością zauważyłem Marzenkę, którą znamy od lat z podobnych eventów. Więc jednak znaleźliśmy na drugim końcu Polski swoich znajomych. Podczas rozbijania namiotu zauważyłem, że drogą przez pole namiotowe pomyka na swoim Goldasie Marek z Zambrowa. Podwójne trafienie. Przez lata obecności na wielu zlotach motocyklowych faktycznie raczej było by dziwnie, jeżeli nie spotkalibyśmy znajomej mordeczki na takiej imprezie gdzieś w Polsce. Jest to fajny aspekt tego typu spotkań. Ludzie, których jednoczy wspólna pasja mogą się poznać, pogadać i pobawić przy dobrej muzyce. Nawiązane znajomości trwają przez lata i pomimo tego, że czasem nie dane jest spotkać się przez dłuższy czas to wpadnięcie na siebie podczas tych zjazdów wywołuje miłe wspomnienia i radość na twarzach. Otwartość na ludzi powoduje, że chwilę później nie czujemy się już jak obcy. Impreza wchłonęła nas i dzięki temu poznaliśmy tam wielu fantastycznych ludzi nie tylko z Polski, ale również z Litwy. Tego dnia gwiazdą wieczoru był zespół Farben Lehre i był to też jeden z powodów, dla których wybrałem akurat ten zlot. Przed koncertem miałem okazję pogadać chwilę z wokalistą zespołu Wojciechem Wojdą. Bardzo otwarty i sympatyczny gość, a energia, którą przekazuje na scenie jest mega pozytywna. Niepokorny i szczery przekaz muzyki zespołu Farben Lehre od lat zjednało im rzesze fanów w tym i moją skromną osobę. Impreza trwała jak zwykle do późnych godzin wieczornych. 








    Drugi dzień zlotu przywitał nas piękną pogodą. Korzystając z okazji, że Mielnik leży nad Bugiem postanowiliśmy wziąć udział w spływie kajakowym. Organizatorzy wywieźli nas do Niemirowa przy granicy z Białorusią, gdzie rozpoczynał się spływ. Szlak tą rzeką należy do łatwych więc nie trudząc się zbytnio przemierzaliśmy leniwie Park Krajobrazowy Podlaski Przełom Bugu. Widok na okoliczne wzgórza, nadbużańskie łąki oraz mijane starorzecza jest charakterystyczny dla tego regionu. Pasące się konie i krowy dodają klimatu sielskości. Po drodze kilka razy utknęliśmy na mieliznach, co wybijało nas trochę z sennego przemieszczania się dziko meandrującą rzeką i pozwalało zweryfikować wioślarskie umiejętności. Spływ trwał niecałe trzy godziny i był miłym akcentem naszego pobytu na Podlasiu, a jednocześnie przerywnikiem w zlotowej zabawie. Ledwo załapaliśmy się na obiad w punkcie gastronomicznym ponieważ pyszne domowe jedzonko przygotowane przez miejscowe gospodynie rozchodziło się bardzo szybko. Dalsza część imprezy to niezapomniane rozmowy o wspólnej pasji motocyklowo-turystycznej, poznawanie kolejnych uczestników, degustacja podlaskich trunków oraz wspólna zabawa przy koncertowej scenie. 










    Niedzielny poranek po zlocie to moment pożegnań. Z jednej strony ekscytacja przed dalszą podróżą, a z drugiej... trochę niedosyt, że pewien fajny czas dobiegł końca. Pozostają wspomnienia oraz nowe znajomości zapakowane w bagaże naszych doświadczeń. Wyjeżdżając ze zlotu zapytałem przejeżdżający patrol policji czy zważywszy na obostrzenia na granicy z Białorusią jest sens jechać do Koterki obejrzeć Cerkiew. Doradzili, że lepiej odpuścić, bo jest niemal pewne, że straż graniczna nas cofnie. Stwierdziliśmy, że faktycznie nie ma sensu tracić czasu i skierowaliśmy się w stronę Grabarki. Trochę szkoda, bo kilka razy słyszeliśmy od miejscowych, że niebieska Cerkiew z Koterki warta jest obejrzenia. Kilkanaście minut później zaparkowaliśmy motocykl na parkingu przy Świętej Górze Grabarka. Jest to najważniejsze miejsce pielgrzymkowe kościoła prawosławnego w Polsce. Porównywane znaczeniem z Jasną Górą w kościele katolickim. Na placu w pobliżu studni cudownego źródła stał stragan z tatarskimi przekąskami, kupiliśmy 2 czebureki z dwoma rodzajami nadzienia. Tak nawiasem mówiąc po raz kolejny mieliśmy okazję zobaczyć jak ludzie na wschodzie kraju, mający różną religię współegzystują nawet w miejscach kultu. Nie kłócąc się, ale razem wypełniając przestrzeń dodają kolorytu obrazowi Podlasia. Zjedliśmy tatarskie przekąski i weszliśmy schodami na górę obejrzeć Cerkiew pw. Przemienienia Pańskiego. Niestety kościół był przygotowywany na jakąś uroczystość więc nie był dostępny do zwiedzania. Usiedliśmy więc na chwilę na ławeczce, aby wczuć się w klimat miejsca, do którego tysiące pątników już od początku XVIII w. przynosiło wraz ze swoimi intencjami krzyże wotywne, które umieszczone są niemal na całym wzniesieniu. Krótki odpoczynek, kilka fotek i ruszyliśmy w dalszą podróż. Celem tego dnia były Mikołajki. Równa, spokojna droga wiodła przez rozległe przestrzenie podlaskich pól. Gdyby nie lejący się z nieba żar to przejażdżka byłaby bardzo relaksująca. Skóra w upalne dni to nie jest dobre rozwiązanie. Po tym wyjeździe postanowiłem zmienić motocyklową garderobę na bardziej uniwersalne ubranie tekstylne ;) Kilka postojów na odpoczynek oraz nawodnienie i dotarliśmy do celu naszej podróży. Nocleg znaleźliśmy w centrum Mikołajek w bliskiej odległości kładki pieszej. Jak zwykle zimny prysznic postawił nas na nogi zmywając z nas zmęczenie drogą. Na obiad udaliśmy się do "Gospodarstwa Rybackiego Mikołajki" na świeżego okonia z frytkami. Był to najdroższy obiad jaki zjedliśmy podczas tego wypadu na wschód Polski. Rybka smaczna, ale mimo wszystko cena nie adekwatna do posiłku. Następnie wybraliśmy się na spacer promenadą wzdłuż alei Kasztanowej. Klimatyczne nadbrzeże wzdłuż którego rozmieszczone są bary i restauracje, port oferujący wycieczki po jeziorze oraz masa straganów. W sumie miejscowość moim zdaniem raczej ustawiona pod trochę inny rodzaj turysty niż motocyklista. Więc trochę żałowałem, że z wyprzedzeniem zdecydowaliśmy się na pobyt w kolejnym dniu. Jedno popołudnie byłoby wystarczające, aby zwiedzić to niewielkie miasteczko. 











    Następny dzień przeznaczyliśmy na plażowanie na miejskim ośrodku oraz włóczenie się po uliczkach Mikołajek. W pewnym momencie natrafiliśmy na Bar mleczny "Mleczarnia Jerozolimska" chwilę czekaliśmy na stolik, ale było warto. Bardzo smaczne, domowe jedzonko w rewelacyjnych cenach. Spacerując nadbrzeżem zastanawialiśmy się jak zakończyć naszą wycieczkę. Rozważaliśmy Mrągowo, ale po dwudniowym pobycie w mazurskim kurorcie mieliśmy już trochę dosyć tego typu atrakcji więc padło na powrót do Torunia, który nas tak zachwycił podczas poprzedniej wizyty. Wyjechaliśmy więc wczesnym rankiem, aby nie smażyć się w największym słońcu. Do celu dotarliśmy przed południem. Zameldowaliśmy się na Campingu "Tramp" na drugim brzegu Wisły. Usytuowanie ośrodka jest bardzo dogodne, krótki spacer przez most i znajdujemy się na nadwiślańskim bulwarze skąd już tylko kilka kroków do starówki. Przechadzając się uliczkami starego miasta wstąpiliśmy do Muzeum Historii Torunia. Zabytkowy budynek spichrza mieści w swoim wnętrzu ciekawe eksponaty oraz wystawy multimedialne przybliżające dzieje Torunia. Niesamowita opowieść o często burzliwych losach miasta przedstawiona jest w bardzo interesujący sposób i będąc tam po prostu trzeba ją poznać. Po wyjściu z muzeum udaliśmy się na obiad do znanego z wcześniejszego pobytu lokalu "Gęsia szyja". Restauracja i tym razem uraczyła nas wybornymi smakami goszcząc w swoich przytulnych progach. Najedzeni i wypoczęci ruszyliśmy dalej eksplorować Toruń. Przechodząc obok sklepu z piernikami weszliśmy skuszeni aromatami dobiegającymi z wnętrza. Kupiliśmy kilka sztuk o różnych smakach. Niestety nie oferowali kawy więc wpadliśmy na pomysł, że kupimy ją po prostu w Żabce. Następnie popołudniową kawową ceremonię dopełniliśmy przy nadwiślańskiej promenadzie. Siedząc na ławeczce, delektując się chwilą rozmyślaliśmy o przebytych kilometrach, a także o jutrzejszym, ostatnim już dniu naszego wypadu. Po drodze na kwaterę odwiedziliśmy jeszcze ruiny Zamku Dybów. Twierdza zbudowana przez Władysława Jagiełłę w XV w. była świadkiem wielu ważnych wydarzeń w naszym kraju. Dziś pozostałości obiektu stoją osamotnione, trochę zarośnięte, jakby zabrakło pomysłu na ich wykorzystanie. Być może nadmiar zabytków Torunia sprawił, że ta warownia jest opustoszała. Widać, że czasami odbywają się tutaj jakieś imprezy, ale podczas naszej wizyty twierdza stała pusta. Skorzystaliśmy z okazji by wejść do środka i ze szczytu zamkowych murów spojrzeć na panoramę Torunia rozciągającą się po drugiej stronie rzeki. Wieczorem ponownie poszliśmy oglądnąć miasto tym razem w świetle zachodzącego słońca z punktu widokowego niedaleko Campingu. 









    Ostatni dzień naszej podróży rozpoczęliśmy od odwiedzenia Olenderskiego Parku Etnograficznego w Wielkiej Nieszawce. Bardzo miła obsługa obiektu pozwoliła nam pozostawić kaski i kurtki w budynku kasy i na luzie rozpocząć zwiedzanie. Ten niewielki skansen, przybliża życie protestanckich osadników z Niderlandów i Fryzji, którzy w tolerancyjnym Królestwie Polskim mogli zamieszkać i w spokoju wyznawać swoją wiarę. Olędrzy znali się bardzo dobrze na melioracji i rolnictwie, dzięki czemu mogli zamieszkiwać nadrzeczne obszary i w pełni wykorzystać ich potencjał. Lubimy zwiedzać tego typu atrakcje ukazujące gospodarstwa domowe zwyczajnych ludzi z dawnych lat. Rozwiązania techniczne, dzięki którym ich życie stawało się łatwiejsze i często można w nich dostrzec protoplastę obecnie dostępnych urządzeń, które na co dzień używamy. Wnętrza i otoczenie budynków pozwalają wyobrazić sobie jak niegdyś żyli ludzie. Ogródki przydomowe sprawiają wrażenie jakby nadal ktoś tu mieszkał i tylko na chwilę opuścił swoje gospodarstwo. Dbałość o zachowanie sielskiego klimatu wsi przez opiekujących się obiektem ludzi sprawia, że można na chwilę przenieść się w czasie do wioski z ubiegłych wieków. Odwiedziny Olenderskiej osady były miłym zakończeniem naszej wycieczki. Pozostały przeszło 300km odcinek dzielący nas od domu pokonaliśmy bez przeszkód. Cała droga, którą wspólnie pokonaliśmy, napotkani na niej ludzie, odwiedzone miejsca oraz emocje towarzyszące całej wycieczce na długo pozostaną w naszych sercach. Może nie wszystko przebiegło zgodnie z planem, ale na tym polega wolność, którą jadąc na motocyklu czuję każdym skrawkiem mojego ciała








Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI CZĘŚĆ 2

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI CZĘŚĆ 3

WAKACYJNA WYPRAWA MOTOCYKLOWA - BAŁKAŃSKIE DRÓŻKI