Wypad motocyklowy na Czesko - Saksońską Szwajcarię
Sierpniowy poranek przywitał nas idealną pogodą. Szybkie śniadanie podlane kawą i rytuał ubierania się w strój motocyklowy. Przejeżdżając przez opustoszałe o tej godzinie miasto szybko znaleźliśmy się na trasie wiodącej ku nowej przygodzie. Cisza i spokój, kolejne zakręty i ekscytacja drogą. Tak lubię. W głowie przewijają się obrazy zapamiętane z ekranu komputera, dzisiaj staną się częścią naszych wspomnień. Z ekranowo-fotograficznego bytu zostaną wyeksplorowane i wchłonięte przez nas. Zapamiętane jako przeżycie, a nie obrazek. Obecna trasa wiedzie nas przez Dolny Śląsk w kierunku Czeskiej i Saksońskiej Szwajcarii. Po drodze chcieliśmy wspiąć się na najwyższy szczyt Grzbietu Jestedzkiego (1012m.n.p.m.). Na Jested znajduje się charakterystyczna wieża telewizyjna z hotelem i restauracją. Budynek robi niesamowite wrażenie. Na drogę wiodącą na szczyt dostaniemy się skręcając z drogi prowadzącej z Liberca na Cesky Dub. Na przełęczy Tetrevi Sedlo (770 m.n.p.m) nawigacja wprowadziła mnie w błąd więc przystanąłem, aby zweryfikować trasę. Za nami zatrzymał się drugi motocykl. Jak się okazało to nasi rodacy z Gdańska. Ojciec z synem wybrali się w podróż po Europie i Jested była częścią ich trasy. Po weryfikacji drogi zaoferowałem się, że poprowadzę na szczyt. Z chęcią przystali na moją propozycję. Kręta droga oraz piękne widoki dostarczyły naszym zmysłom ogrom wrażeń. Po uiszczeniu opłaty 150 koron możemy wjechać na szczyt. Wjazd trwał stosunkowo krótko, natomiast sytuacja pogodowa zmieniła się diametralnie. Cudowny krajobraz został przykryty kocem chmur. Na Jested zostaliśmy skierowani do niewielkiego parkingu znajdującego się za wieżą do którego prowadzi wąska dróżka. Widok z okien budynku wieży na poziomie restauracyjnym niestety skryty był przez niesprzyjającą aurę. Kiedy wyszliśmy z budynku pogoda się do nas uśmiechnęła i mogliśmy bez przeszkód podziwiać krajobraz. Zeszliśmy na taras widokowy, w którego krańcu siedzi przyczajony kosmita, często fotografowany przez turystów. I tym razem zebrała się kilkuosobowa kolejka oczekująca na pamiątkową fotkę. Wśród nich było też sympatyczne małżeństwo - Ania i Kuba z okolic Wałbrzycha, również jak my, wspólnie zwiedzają świat na motocyklach. Fajnie było posiedzieć z nowo poznaną ekipą i porozmawiać o podróżach motocyklowych. Dla nas wszystkich kolejnym oczywistym punktem programu dnia były Pekelne Doly. Dojazd z Jested trwa około 40 minut i rozpoczyna się fajnymi winklami, następnie droga wiedzie przez malownicze wioseczki i lasy. W piekielnych jaskiniach panuje klimat trochę jak w spektaklu Teatru Telewizji "Igraszki z diabłem". Fajną opcją jest możliwość wjechania do środka swoim motocyklem i zjedzenia smacznego posiłku serwowanego w miejscowej knajpce. Miejsce jest oblegane przez motocyklistów z różnych zakątków świata, o czym świadczą wlepy rozmaitych klubów i zrzeszeń motocyklowych. Po spenetrowaniu piekła oraz pożegnaniu się z ekipą wyruszyliśmy w kierunku Hrenska. Wybraliśmy to miasteczko ze względu na położenie, gdyż jest usytuowane najbliżej Bramy Pravcickiej, która była kolejna na naszej liście. Wielu naszych przyjaciół od lat opowiadała nam o tej formacji skalnej, jest to największy łuk z kamienia naturalnego w Europie kontynentalnej i jednocześnie jest ikoną całej Czeskiej Szwajcarii. Niestety majestatyczny las oglądany na zdjęciach jest już tylko wspomnieniem. Pożar z 2022r strawił ponad tysiąc hektarów lasu pozostawiając po sobie smutne zgliszcza będące pamiątką prawie trzytygodniowej walki z żywiołem. Zjedliśmy obiad w hotelu i wyruszyliśmy w pieszą wycieczkę do czeskiej bramy. Około godzinna wędrówka górskim szlakiem doprowadziła nas do celu. Nie wzięliśmy żadnego napoju, a otwarta przestrzeń oraz wysoka temperatura sprawiły, że jedyną myślą był browarek w restauracji znajdującej się przy bramie. Jakież było nasze rozczarowanie, gdyż lokal był czynny tylko do 18 więc spóźniliśmy się ok.15 minut. Pomimo próśb nie udało się kupić czegokolwiek do picia. Kilka fotek i szybki powrót do bazy, nagrodzony zimnym bursztynowym napojem w oszronionej szklance. Wczesnym rankiem wstaliśmy spragnieni kolejnych wrażeń, tego dnia udaliśmy się do naszych zachodnich sąsiadów. W drodze do Bastei zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym, który o tej godzinie niestety nie oferował nadzwyczajnych widoków. Cały krajobraz zakryty był chmurami z których miejscami wyłaniały się szczyty gór. Wyglądało to trochę jak skaliste wyspy pośród wzburzonego morza. Podczas naszego śniadania zatrzymał się na parkingu samochód na niemieckich blachach. Kierowca wysiadł rozprostować nogi i podziwiać górski pejzaż. Słysząc naszą rozmowę, zagadał do nas po polsku. Jak się okazało był Czechem i od lat mieszkał w Niemczech pracując jako taksówkarz. Podczas naszej przyjemnej konwersacji dowiedzieliśmy się, że jego dobra polszczyzna wzięła się z faktu iż łączą go z naszym krajem małżeńskie więzy. Ludwig zaproponował nam miejsca godne odwiedzenia w Saksońskiej Szwajcarii oraz podpowiedział gdzie można dobrze zjeść i jednocześnie rozbić namiot. Po przeszło pół godzinnej pogawędce wymieniliśmy się kontaktami i pożegnaliśmy serdecznie. W międzyczasie chmury rozwiały się i oczom naszym ukazał się zamek Konigstein. Udaliśmy się w dalszą podróż, eksplorować góry Połabskie. Kilkunastominutowa przejażdżka po niemieckich serpentynach zawiodła nas na parking przy Bastei. Pozostało opłacić 2 euro za motocykl w parkomacie i pieszo podążyć do kamiennego mostu. Atrakcja ta jest bardzo popularna więc na miejscu można spotkać ludzi z całego świata. Dobrze było odwiedzić to miejsce tak wcześnie rano ponieważ, tak parking jak i sam most nie były tak mocno oblężone. Niestety ruiny zamku Neurathen były niedostępne do zwiedzania. Kilka fotek na tle formacji skalnych Saksońskiej Szwajcarii i w drogę do zamku Konigstein. Ogromna twierdza góruje nad okolicą i z wielu punktów widokowych możemy ją podziwiać więc nawet bez nawigacji, bazując tylko na znakach informacyjnych, można dostać się na parking znajdujący się niedaleko zamku. Na miejscu witają nas bezpłatne miejsce parkingowe dla motocyklistów oferujące również możliwość pozostawienia części garderoby w specjalnych szafkach. Przemyślany temat, pewnie zaproponował to ktoś, kto sam jeździ i zna bolączki motocyklisty. Nie wszyscy jeżdżą motocyklami z kuframi więc możliwość przebrania się w lżejsze ciuchy przy takiej temperaturze sprawia, że zwiedzanie staje się przyjemniejsze. Słyszałem, że ten zabytek jest na tyle duży, że potrzeba kilku godzin, aby móc go w całości zobaczyć. Spore wyzwanie, ponieważ postanowiliśmy maksymalnie dużo odkryć w możliwie najkrótszym czasie. Do twierdzy dostaliśmy się przeszkloną windą, która przylega do zamkowych murów. Korona fortecy to jednocześnie wspaniały punkt widokowy, z którego możemy dostać się do zabytkowych zabudowań zamczyska. Interaktywne wystawy uatrakcyjniają zwiedzanie ekspozycji. Pobieżne zerknięcie na zgromadzone eksponaty zajmuje nam około 2 godzin. Na dziedzińcu jest fajna karczma oferująca biesiadę w klimatycznej atmosferze średniowiecznej tawerny. Po zaspokojeniu strawy dla ducha i ciała udaliśmy się w dalszą podróż. Postanowiliśmy skorzystać z propozycji Ludwiga i spotkać się z nim i jego żonką Martą u jego przyjaciela Vlada właściciela restauracji "U Pytlaka" oferującego wspaniałe czeskie jadło i regionalne piwo. Dołączyli do nas nasi przyjaciele z grupy motocyklowej Darek i Kasia szukający pomysłu na weekendowy wypad. Integracja przy bursztynowym napoju trwała do wieczora, a dzięki gościnności Vlada mogliśmy przespać się pod namiotem przy jeziorze. Rano spakowaliśmy majdan i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Wspaniała Czesko-Saksońska Szwajcaria pozostała za nami, a jednocześnie w nas dzięki poznanym ludziom oraz pięknym widokom. To, że tu wrócimy jest pewne pytanie tylko kiedy.


















Komentarze
Prześlij komentarz